Chciałbym Wam wszystkim przybliżyć kraj, który większość z Was zna jedynie z filmu Shogun, lub przez samochody na naszym rynku. Tak, mowa tutaj o Japonii, o kraju, którym tak zafascynowany był towarzysz Edward Gierek. Szkoda, że nie udało mu się zrobić z naszego kraju drugiej Japonii. Nie żałujecie, to może po przeczytaniu mojego reportażu składającego się z ośmiu części zaczniecie żałować. Jeśli nie, cóż, nie wiecie co tracicie.

źródło: Japanese Air Lines
PRZYGOTOWANIA I PODRÓŻ
Nie jestem Wojciechem Cejrowskim, tym bardziej Tony Halikiem i nie mam ich zdolności opowiadania o swoich podróżach. Aczkolwiek na własny sposób chciałbym Wam wszystkim przybliżyć nieco kraj Japonią zwany.
Spędziłem tam bitych siedem miesięcy. Niestety, a może właśnie stety patrząc na Polaków i ich mentalność, nie każdy może tam pojechać. Zapraszam w podróż po kraju kwitnącej Wiśni, jak śpiewa Depeche Mode: „Let Me Show You the World in My Eyes”.
Jak napisałem wyżej niewielki odsetek Polaków ma możliwość zobaczenia tego kraju. Ja dostąpiłem tego zaszczytu. Tak, jestem świadomy słów, które właśnie wypowiadam, zaszczytu przez duże, wielkie, monstrualne „Z”. Mój wyjazd nie miał być turystycznym, a tylko i jedynie zawodowym. To znaczy cel zawodowy przyświecał tylko mojemu pracodawcy, a ja skupiałem się na celach turystycznych, na celach zawodowych nieco mniej.
Pamiętam jak dziś, kiedy zostałem wytypowany do szkolenia miałem mieszane uczucia. Cześć mnie chciała tam jechać, a druga bała się tego. Przecież to drugi koniec świata. Ja i samuraje, żółwie ninja, sepuku, harakiri. Dawało mi to do myślenia. Bałem się, tylko głupiec się nie boi. Przecież Japonię znałem jedynie z filmu „Shogun”. Podjąłem jednak wyzwanie. Świadomie zdecydowałem się na rozłąkę z rodziną i (a może przede wszystkim) z moją ówczesną dziewczyną, a teraz już żoną.
Przed wyjazdem zostałem zaproszony przez moich japońskich przełożonych na kolację. Chcieli mnie uświadomić, jak ważny jest to dla mnie wyjazd i po co tam jadę. Dobrze wiedzieli, że planuję ślub, nie wiedzieli tylko kiedy to będzie, przed, czy po wyjeździe. Padło pytanie: kiedy zamierzam się ożenić? Odpowiedziałem, że po powrocie, bo teraz nie ma na to czasu. Obaj moi japońscy przełożeni popatrzyli na mnie z aprobatą twierdząc przy tym, że lepiej po, bo ślub mógłby mnie zdekoncentrować i mój pobyt-szkolenie poszedłby na marne. Wybuchnąłem śmiechem tak głośno, że ludzie siedzący w restauracji patrzyli na mnie jak na wariata, a japońscy koledzy zrobili się nagle czerwoni. Nie wiem czy ze złości, czy z zażenowania. Uwierzcie, bardzo trudno uzyskać na ich twarzach kolor czerwony. No bo jak uzyskać z koloru żółtego czerwień, to tak jakby afroamerykanin chciał się opalić. W tym miejscu zaznaczam, że nie jestem i nigdy nie byłem rasistą, a tego stwierdzenia użyłem tylko po to, by uświadomić kto i jak traktował wyjazd.
Do rzeczy. Przed wyjazdem zostaliśmy zobligowani do miesięcznej nauki języka japońskiego. Na nasze szczęście tylko mówionego, bo jak nauczyć się 5000 znaków w miesiąc, przynajmniej 2000, które są potrzebne, by jako tako egzystować w Japonii. Japończycy jako naród perfekcyjny w udoskonalaniu tego co już zostało wynalezione wymyślili dla wszystkich „gajdzinów” romaji (słowo gajdżin oznacza obcokrajowca). Zapis łaciński wszystkich tak zwanych krzaków-znaków (kanji, hiragana i katakana). Można powiedzieć, że Japoński pod postacią romaji jest banalnie prosty. Język polski w porównaniu z japońskim pomijając oczywiście krzaki-znaki to mordęga. Po miesiącu tej wstępnej nauki można było spokojnie odnaleźć się w japońskiej rzeczywistości, ale tylko językowej, w dodatku mówionej. Zdania „WATASHI WA PORANDOJIN DESU”, czyli jestem Polakiem nie zapomnę do końca życia, reszta już dawno gdzieś przepadła, a szkoda. Ilu jest Polaków, którzy mówią po japońsku?!
Wyjazd był ustalony na 14 Stycznia 2002 roku i tak też się stało. Było to akurat w tym roku, kiedy odbywały się mistrzostwa świata w piłce nożnej (Japonia-Korea), a nasze orły jechały tam uskrzydlone wyjściem z pierwszego miejsca w grupie. Jak im wyszło wiemy, może to przez „wspaniałą” aranżację naszego hymnu narodowego Edyty Górniak, ale o tym w późniejszych rozdziałach, jeśli będziecie mieli chęć czytać.
Tak, sama podróż zaczynając od Kielc do Warszawy samochodem, z Warszawy do Dusseldorfu samolotem, z Duesseldorfu do Osaki samolotem trwała w sumie bite 24 godziny. Pamiętam, że moje jeszcze wtedy młode cztery litery bolały mnie niezmiernie i nic nie pomagały ani filmy puszczane w ekranach umieszczonych w oparciach foteli, ani muzyka płynąca ze słuchawek. Pozycja czterech liter też ma swoje możliwości i limit zmian.
Drugie zetknięcie z kulturą japońską (pomijając wspomniane pierwsze, czyli nauką języka w kraju) miało miejsce już na pokładzie samolotu japońskich linii lotniczych (w skrócie JAL). Do wyboru były trzy śniadania: europejskie, japońskie i kontynentalne. Wybrałem europejskie, można powiedzieć, że dobrze zrobiłem. Nie byłem jeszcze przygotowany na jedzenie typowo japońskich rarytasów. Sama nazwa była egzotyczna, no bo co to jest Sushi, Sashimi, Wasabi, Okonomijaki, a co dopiero ich wygląd. Moje przygotowania zacząłem od patrzenia na to, co zamówili moi co odważniejsi koledzy. No tak, zapomniałem nadmienić, że nie leciałem tam sam. Przynajmniej pierwszy miesiąc miałem spędzić z pozostałymi dziewiętnastoma kompanami z pracy. O kolejnych sześciu miesiącach lepiej na razie nie wspominać.
Wracając do śniadania, etap obserwowania co jedzą i jak jedzą odważni był w tym momencie najlepszym rozwiązaniem. Patrząc na kolory i postać podawanych potraw stwierdziłem, że będę miał wiele czasu na „delektowanie” się nimi.
Podróż minęła przyjemnie, choć dłużyła się niezmiernie. Zaczynam rymować, a to nie jest przecież rymowanka, ale naprawdę było przyjemnie. Podczas dnia można było oglądać przestworza z kamery umieszczonej na dziobie samolotu. Najpierw Polska, Niemcy, potem Czechy, następnie Związek Radziecki, góry Uralu, dalej Związek Radziecki i w końcu wyspę samurajów. Mówię Wam coś pięknego.
Do momentu wyjścia z samolotu na terminal przylotów w OSACE myślałem, że pod względem wielkości i zaawansowania technologicznego lotniska, które widziałem w Dusseldorfie nic nie będzie mnie w stanie zadziwić. Byłem jednak w bardzo dużym błędzie. Jak to się mówi podróże kształcą, tudzież weryfikują poglądy. Zdjęć niestety nie zrobiłem, bo tak mi szczena opadła. Zresztą zdjęcia aparatem tzw. głupim Jasiem i tak by nie oddały tego, co widziałem, więc podaję linka: Proszę byście jednak przed wejściem na
stronkę usiedli. Nadmienię tylko, że lotnisko zostało zbudowane na wyspie, która powstała z utylizowanych śmieci..
Co do opadania tzw. szczeny to powiedzieć muszę, że to dopiero był początek, a szczena miała opadać jeszcze wiele razy. Tak wiele, że na zakończenie pobytu w Japonii byłem skłonny prosić, aby mi ją zdrutowano, bo wyglądała, jak maska z filmu SCREAM.
Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć z miejsc wymienionych w tej odsłonie, to zapraszam na mojego
bloga.
W KOLEJNEJ ODSŁONIE PRZECZYTACIE O POBYCIE W KENSHU CENTRE W OSACE, W KTÓREJ SPĘDZIŁEM PONAD MIESIĄC. UCZYŁEM SIĘ WRAZ Z MOIMI KOMPANAMI JĘZYKA, KULTURY I OGÓLNYCH REGUŁ POSTĘPOWANIA W JAPONII. PONIŻSZE ZDJĘCIE DLA ZACHĘTY.KOPIOWANIE I WYKORZYSTYWANIE TREŚCI I ZDJĘĆ ZAWARTYCH W ARTYKULE BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83).
Ciag dalszy w publikacji: Kenshu Center Osaka - obóz adaptacyjny dla ludzi z krajów trzeciego świata