Wybierz lokalizację
Dołącz do nas na FacebookuŚledź nas na TwitterzeZrób zdjęcie i wyślij MMSemWyślij temat!
Newsletter

Newsletter

Zaprenumeruj nasz newsletter. Wpisz e-mail:

Dane teleadresowe

AWR WPROST
ul. Domaniewska 39a
02-676 Warszawa
tel. (22) 529 11 69
fax (22) 852 90 16
email redakcja@infotuba.pl

Redaktor prowadząca

Izabela Smolińska

i.smolinska@wprost.pl

Redaktor

Piotr Rodzik

p.rodzik@wprost.pl

Kenshu Center Osaka - obóz adaptacyjny dla ludzi z krajów trzeciego świata

5 listopada 2009, 16:03 Komentarzy: 0

Autor: depechmaniac

Kontynuacja publikacji: Nippon, Nihon znaczy Japonia - tak skomplikowana, jak odległa

Jak już nadmieniłem w pierwszej odsłonie, swój pobyt w Japonii zacząłem od ponad miesięcznego kursu nauki języka japońskiego w ośrodku szkoleniowym w OSACE. „Arbeit macht frei” jak głosi jedno z najbardziej znanych sentencji na świecie ostatniego wieku. To hasło miało właśnie przyświecać mi w trakcie całego pobytu w kraju kwitnącej Wiśni, ale tylko miało...

Kenshu Center Osaka - obóz adaptacyjny dla ludzi z krajów trzeciego świata
Z tego, co się dowiedzieliśmy już na miejscu, dzięki staraniom rządu japońskiego powstał program dla krajów trzeciego świata. Taki tam program, aby ucywilizować nieco nieokrzesanych i ograniczonych obcych. A tak na poważnie, to dzięki temu programowi można było odbyć staż w firmie matce i zaznajomić się z poziomem zaawansowania kraju kwitnącej Wiśni. Nie zmienia to faktu, że nam cały czas przed wyjazdem wmawiano, iż za to wszystko płaci firma i że jest to nagroda, bo jesteśmy solą tej firmy. Co do soli i nagrody, to mogę się zgodzić, ale co do reszty, to już nie.

Po powrocie z tego właśnie obozu będziemy mieli misję do spełnienia, by to, czego się nauczymy przekazać tym, którzy solą firmy nie są (czyt. nie zostali namaszczeni i wytypowani do wyjazdu). Dlatego też musimy się skoncentrować na naszej misji. No, ale mniejsza o to. Ogólnie rzecz ujmując firmy japońskie tak jak zresztą zdecydowana większość firm zachodnich buduje swoje fabryki w krajach, gdzie siła robocza jest delikatnie mówiąc „tania jak barszcz”. Nie mogłem się z tym pogodzić, bo niby czemu Polska znalazła się w takim koszyku i jakie były kryteria doboru?!

Szczerze mówiąc już w pierwszych dniach pobytu w OSACE, a szczególnie po tym jak opadły emocje i minął gniew, zrozumiałem dlaczego. Po przebyciu całego turnusu stwierdzam zresztą, że dla Japończyków liczą się tylko Stany Zjednoczone Ameryki. To zrozumiałe, z nimi przegrali, a potem to właśnie Stany pomagały budować wielką Japonię, pompując miliony dolarów i osadzając się w zamian na wyspie Okinawa. Jest jeszcze Rosja, z którą Japonia toczyła zaciekłe wojny pod koniec XIX i na początku XX wieku. No i nie można zapomnieć o Chinach i Korei, z którymi Japonia też wojowała. Reszta to trzeci świat, dlatego właśnie Polska znalazła się w trzecim koszyku.

Po tym, co zobaczyłem w czasie mojego całego pobytu, czyli piętrowe autostrady pomiędzy wieżowcami, mosty wiszące, szybka kolej - Shinkansen, która pokonuje odległość 600 km w dwie godziny, wieżowce sięgające chmur, które mogą oprzeć się trzęsieniom ziemi, śmiało, aczkolwiek z przykrością muszę powiedzieć, że my jesteśmy w trzecim świecie patrząc na Japonię. Nie trzeba się temu dziwić. Nas łupili cały czas, a Japończyków tylko raz i do tego jeszcze pomogli im się podnieść. Ot, taka mała różnica. Pomijając jednak cały ten fakt o łupaniu, to patrząc na Japonię wiele krajów Europy, nawet tych bardzo rozwiniętych w stosunku do naszej Polski jest daleko, daleko za nią.

Ale koniec żalów. Wróćmy do sedna. Sam pobyt w Kenshu Center był bardzo przyjemny. Nauka, wycieczki, no po prostu jak to się mówi plaża.

Jak już wspomniałem program obejmował kraje trzeciego świata, więc prócz Polaków można było tam również spotkać Pakistańczyków, Tajlandczyków, Chińczyków i Tajwańczyków, czyli narody bardzo bliskie nam Polakom geograficznie, a jeszcze bardziej kulturowo.

Po rozlokowaniu w pokojach i zapoznaniu się z ośrodkiem stwierdziłem, że najwięcej czasu to ja będę spędzał, ale na sali gimnastycznej grając w kosza i w sali komputerowej, gdzie można było nawiązać jakikolwiek kontakt ze światem za pomocą internetu. Nadmienić trzeba, że w tamtym okresie, nie wiem jak jest teraz, żaden z polskich operatorów nie miał podpisanej umowy z operatorami japońskimi. Nawet jeśli by miał, to koszt rozmowy zdecydowanie przewyższałby moje przychody. Dlatego też tak duże nadzieje wiązałem z dostępem do komputera. I tutaj byłem w wielkim błędzie. Zajęcia językowe miały nieco zaburzyć mój entuzjazm i plany z nim związane.

Wracając do ośrodka, hotel Ritz to nie był, aczkolwiek wyposażony dobrze, a nawet bardzo dobrze. Łazienka, telewizor, odtwarzacz CD i radio w pokoju. Nie było na co narzekać. Co trzeba więcej człowiekowi, który wyszedł z lepianki? Chyba tylko tego, by pokazali mu jak obsługiwać odtwarzacz CD. Sytuacja może absurdalna, ale jak najbardziej autentyczna. Wiem, że przed uruchomieniem każdego, nowo zakupionego urządzenia trzeba przeczytać instrukcję, ale kto tak robi? Chyba nieliczni. Większość obsługę ma we krwi i po krótkiej chwili jest zaznajomiona ze swoim nowym przyjacielem. Zresztą o to chyba chodzi. Największa przyjemność, frajda jest w poznawaniu, odkrywaniu, a nie czytaniu. A tutaj proszę darmowy kurs czytania instrukcji, na szczęście w języku angielskim, a potem już ćwiczenia na żywym organizmie, czyli odtwarzaczu CD. Powiem, że odczucia ciekawe, tylko czemu traktowali nas jak przysłowiowego murzyna Kunta Kinte z serialu Korzenie?

Każdy dzień w Kenshu Center wyglądał podobnie. Śniadanie można było zjeść pomiędzy 7.00 a 8.00. Nie było to typowe japońskie śniadanie. Jako że był to ośrodek dla obcokrajowców można było zjeść tzw. normalne potrawy, czyli jogurt, jajecznicę, pieczywo, wędlinę czy dżem, a nawet płatki z mlekiem.

Po śniadaniu nauka i to nauka przez duże „N”. Niemalże jak kumulacja w LOTTO. Od godziny 8.00 do godziny 12.00 nauka języka z małymi przerwami na rozprostowanie kości.

Japończycy to naród bardzo dobrze zorganizowany i przed pierwszymi zajęciami zrobili nam wstępny test. My mieliśmy to szczęście, że znaliśmy już trochę japoński w wydaniu Romaji. Samurajom jednak nie o to chodziło. Test był prosty i bardziej sprawdzał inteligencję niż znajomość językową. Polegał na dopasowaniu słów do grup i do obrazków przedstawiających przedmioty, ludzi i zwierzęta. Po teście okazało się, że taki głupi na jakiego wyglądam to nie jestem i trafiłem z częścią moich kompanów do grupy najlepsiejszej. W grupie tej oprócz polskiej nacji znaleźli się również wspomniani już wcześniej Tajwańczycy, Tajlandczycy i Pakistańczycy. Jakżesz znane i bliskie nam kraje, nieprawdaż?

Po zakończeniu pierwszej części nauki mieliśmy godzinę przerwy, by nasze mózgi mogły odpocząć od skomasowanego ataku japońskich kamikadze. Uwierzcie, naprawdę można zwariować i spokojnie porównać taką naukę do prania mózgu. Lekcje były jednak bardzo przyjemne i ciekawe, a nauczyciele naprawdę z powołaniem. Cała lekcja prowadzona była w języku japońskim. Kurs nie obejmował nauki języka pisanego, czyli znaków-krzaków. Do pisania używaliśmy alfabetu łacińskiego, czyli wspomnianego już Romaji. Książki, z których korzystaliśmy były przystępnie napisane i nawet najbardziej ograniczona forma życia zrozumiałaby, o co w nich chodzi.

W czasie godzinnej przerwy mieliśmy główny posiłek dnia, tj. obiad, lunch, jak zwał tak zwał. Trzeba powiedzieć, że było w czym wybierać. Potraw było w bród. Każda narodowość mogła coś dla siebie wybrać. Napisałem każda? Pomijając oczywiście polską. O polskim jedzeniu trzeba było zapomnieć. No, ale jeśli już jest się w kraju kwitnącej Wiśni dobrze jest spróbować lokalnych specjałów. W czasie pobytu obiecałem sobie również, że nauczę się jeść pałeczkami . Oczywiście nauczyłem się, ale czy próbowaliście kiedyś jeść np. kukurydzę pałeczkami?! Życzę powodzenia, ponieważ pierwszy miesiąc zamiast jeść to ja się uczyłem, ale trzymać poprawnie pałeczki moimi sztywnymi palcyma. Po opanowaniu tej umiejętności jedzenie czegokolwiek, nawet sypkich potraw to pestka. Podobno jedzenie pałeczkami pomaga rozwijać płaty mózgu, a co za tym idzie szare komórki. Ja po sobie tego nie zauważyłem. Faktem jednak jest, że nauczyłem się jeść w sposób poprawny. Japończycy używają pałeczek nawet do jedzenia zupy. Powiedzieć trzeba, że według naszych norm obyczajowych, niekulturalnie, czyli po prostu jak to się mówi siorbią. Robią to tak głośno, że pomimo siedmiu miesięcy tam spędzonych, nie byłem w stanie się do tego przyzwyczaić i za każdym razem jak to słyszałem zbierało mnie na wymioty. Nikt jednak nie przebije w siorbaniu Chińczyków. Japończycy przy nich to końcówka peletonu. Nawet największemu swojemu wrogowi nie życzę, by spotkał Japończyka, a co dopiero Chińczyka „jedzącego” pałeczkami Noodle Soup.

No, ale wracając do stołówki, oto przykład, co można było zjeść z kuchni japońskiej, tzw. Okonomiyaki. Coś pysznego, palce lizać po prostu. Pożywne, kaloryczne, na samo wspomnienie cieknie mi ślina. No i przede wszystkim moje ukochane Sushi. Nie będę opisywał, bo specjalistą w tej dziedzinie nie jestem, zapoznajcie się z literaturą fachową na ten temat. Mogę tylko powiedzieć, że obie potrawy można w łatwy sposób przygotować w warunkach domowych. Wszystkie składniki można dostać w supermarketach. Zabawa przednia.

W Internecie znajdziecie mnóstwo przepisów. Pamiętajcie jednak, że w przypadku Sushi tajemnica tkwi w świeżych rybach i ryżu, jego konsystencji. Nie może być sypki ani za lepki. Sypki się nie sklei, a za lepki nie pozwoli się uformować i zostanie Wam na dłoniach. To tak jakbyście mieli do czynienia z makaronem. Po prostu musi być Aldente. Polecam zaopatrzyć się w garnek do gotowania ryżu. Są dostępne już na naszym rynku, znajdziecie je również w necie. Nie są drogie, więc spokojnie można się w niego uzbroić i walczyć z ryżem. A walka będzie długa, bo za nim dojdziecie do odpowiedniej konsystencji, to trochę czasu Wam to zajmie. Mogę Wam powiedzieć, że w przypadku gotowania ryżu, na jedną miarkę ryżu, tak by uzyskać w miarę lepką konsystencję, przygadają 2,5 miarki wody.

A teraz wróćmy już do Kenshu Center. Po głównym posiłku znowu bite cztery godziny języka japońskiego, ale już z innym nauczycielem. Po zakończeniu drugiej części dostawaliśmy do nauki codziennie 100 słówek. Trzeba było się ich nauczyć. A dlaczego? Ano, dlatego że następnego dnia z samego rana mieliśmy krótki test ze znajomości materiału z dnia poprzedniego. I niech mi ktoś powie, że to nie jest pranie mózgu?

Zajęcia kończyły się o 17.00. Bezpośrednio po nich rozpoczynała się pora kolacji, a zjeść można było do 19.00. Zestaw podobny jak w godzinach porannych, czyli pieczywo, wędlina, dżem, jajecznica, płatki z mlekiem. Często rezygnowaliśmy z kolacji, by zrobić sobie wypad na miasto.

Nauka nie obejmowała wyłącznie języka mówionego. Wiązała się również z poznaniem kultury japońskiej. Nie mogło zabraknąć oczywiście nauki parzenia typowej, zielonej herbaty japońskiej i całej ceremonii z tym związanej. Jeśli myślicie, że picie herbaty w Polsce jest choć odrobinę podobne do tego w Japonii, to się grubo mylicie. Na przybliżenie Wam tej ceremonii przyjdzie czas w kolejnej odsłonie. Mogę tylko powiedzieć, że pozycja, którą trzeba przyjąć podczas picia herbaty w tradycyjny sposób nie jest zbyt komfortowa, a kolana i cztery litery mogą wypaść z zawiasów.

Aha, była mowa o wycieczkach. W przerwach między nauką języka, od czasu do czasu organizowano nam wycieczki, na całe szczęście za pieniądze rządu kwitnącej Wiśni. Było nam dane zobaczyć takie miasta jak aktualną stolicę TOKYO, dawną stolicę NARA, KYOTO, miasto TOYOTY, czyli NAGOYA. Pokazano nam również mennicę japońską, jak również z czego powstają japońskie Yeny, ale o wycieczkach przeczytacie również w osobnej odsłonie.

Pobyt w Kenshu Center był bardzo udany i kończył się egzaminem. Egzamin jak egzamin. Każdy jest do siebie podobny. Każdy trzeba zaliczyć, no bardziej zdać. Ten nie odbiegał niczym od tych, które miałem na studiach. Poza jednym, tutaj nie miałem ściąg. Już widzę to oburzenie, że co, ściągi!!! Tak wiem, Wy pewnie nie ściągacie/ściągaliście na studiach. Bujać to My, a nie Nas. Przyznam jednak, że strach przed karą i hańbą, patrząc przez pryzmat kodeksu Samuraja, zdecydowanie odwiódł mnie od zastosowania pomocy naukowych w postaci ściąg. Coś takiego mogło się skończyć samobójstwem, czyli Seppuku. Dam Wam radę, nigdy nie używajcie słowa Harakiri w obecności Japończyka. Nazwa ta używana była tylko i wyłącznie przez Amerykanów, przez ich lenistwo i nieuctwo. Amerykanie źle odczytali znaki japońskie i tak już zostało. Każdy Samuraj zrozumie o co chodzi, ale użycie słowa Harakiri traktowane jest jednak jako faux pas.

Kartka papieru, długopis, to było wszystko co miałem na biurku. Egzamin okazał się prosty, a ja dostałem 75 punktów na 100 możliwych (się pochwalę, a co mi tam), więc nieźle jak na Gajdżina, nie mylić z dżinem z butelki, czy alkoholem.

Oto kilka zwrotów zapisanych w Romaji:

 Ohayo gozaimasu – dzień dobry (czyt. Ohajo gozaimas)
 Kombanwa – dobry wieczór (czyt. Kombanła)
 Hajimemashite – jak się masz (czyt. Hadżimemaszite)
 Dozo – proszę (czyt. Dozo)
 Sumimasen – przepraszam, jeśli pytamy o coś np. drogę, czy godzinę (czyt. Sumimasen)
 Arigato – dziękuję, za otrzymanie czegoś (czyt. Arigato)
 Ikura – ile (czyt. Ikura)
 Kura – klimatyzacja (czyt. Kura)
 Moshi moshi – halo w rozmowie telefonicznej (czyt. Moszi moszi)

Czyż to nie jest proste?

Potem było jeszcze oficjalne zakończenie, na którym, jako że potrafiłem szprechać po japońsku jak mało kto, wystąpić musiałem, tzw. ochotnik bez wyboru. Nie byłem jednak samotnym wilkiem McQuade (Chuck Norris), przymusowym ochotnikiem. Takich jak ja, czyli zdolnych było trochę więcej i na całe szczęście.

Gratulacjom nie było końca. Zjawił się sam prezes firmy, w której pracowałem i swoim wystąpieniem zepsuł nam dobre nastroje. Zaczął słowami: „No, panowie, aha i pani, wakacje się już dla Was skończyły” i to nam wystarczyło. Kto by się jednak tego dnia przejmował prezesem firmy. Trudne chwile miały dopiero nadejść.

Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć z miejsc wymienionych w tej odsłonie, to zapraszam na mojego bloga.

W KOLEJNEJ ODSŁONIE PRZECZYTACIE O MIEJSCACH, KTÓRE ZWIEDZIŁEM PODCZAS POBYTU W KENSHU CENTER W OSACE.

KOPIOWANIE I WYKORZYSTYWANIE TREŚCI I ZDJĘĆ ZAWARTYCH W ARTYKULE BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83).

Ciag dalszy w publikacji: Gajdżin w krainie czarów

Tagi: foto

Dodaj do ulubionychWyślij znajomemuZgłoś naruszenie regulaminu

Dodaj Komentarz

Dodaj komentarz

Proszę nie wypełniać, pole musi byc puste!
Komentarz głosowy
Aby nagrywać komentarze głosowe potrzebujesz wtyczki Flash w wersji 8 lub wyższej.
Proszę się upewnić, że mikrofon jest poprawnie podłączony i ma odpowiednio ustawioną głośność.

Komentarze

Artykuł nie posiada komentarzy.


RSSArtykuły | Wydarzenia


© 2007 AWR Wprost

Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Janmedia Interactive

Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System