W starym, zardzewiałym busie tłoczy się kilkunastu podróżników. Miejsca jest mało, plecaki leżą w przejściu a przez nieszczelne okna wpada brązowy pył. Trasa jest wyjątkowo nieprzyjemna, przedzieramy się przez błoto, kałuże, niebotyczne dziury. Po drodze mijamy wioski i pojedyncze drewniane domy kryte strzechą, ulokowane w pobliżu malowniczych pól ryżowych. Pokonanie 150 km trasy zajmuje ponad sześć godzin. W Kambodży, poza wyjątkiem miast znajdujących się na szlaku turystycznym, praktycznie nie ma dróg asfaltowych. Benzynę kupuje się najczęściej w butelkach po coca-coli a preferowaną walutą jest dolar amerykański. Do niedawna w kraju nie było ani jednego bankomatu.

źródło: http://www.farhorizons.com/Sou theast_Asia/images-khmer/bot_A ngkor-Wat-sunset_lg.jpg
Docieramy do Siem Reap, niewielkiego miasta otoczonego przez kompleks khmerskich świątyń. Jest wrześniowa noc; ulewny deszcz ogranicza pole widzenia. Mimo późnej pory znalezienie noclegu nie stanowi problemu. Do wybory mamy luksusowe hotele wybudowane zaledwie parę lat temu oraz lokalne hostele. Decydujemy się na guest house prowadzony przez Austriaka. Marmurowa podłoga, łazienka, wygodne łóżko. Cena – 3 dolary za noc. Od osoby, ze śniadaniem.
Obszar Angkor można zwiedzać rowerem, taksówką lub skuterem ale i tak najpopularniejsze w tej okolicy są tuk tuki. Nasz kierowca, Daa, ma 27 lat i zna podstawy angielskiego. Miejscowi zdają sobie sprawę, że nauka tego języka jest dla nich niezbędna jeśli chcą żyć z turystyki. Nawet dzieci błąkające się po świątyniach i sprzedające bambusowe ozdoby wołają „Hello, buy from me, not from my friend!“ Większość z nich nie chodzi do szkoły. Ich rodziców nie stać na podręczniki ani komunikację miejską.
Wynajem tuk tuka na cały dzień kosztuje 10 - 20 dolarów, w zależności od odległości jaką pokonujemy. Patrząc na mapę ciężko sie zdecydować – na blisko 400 kmkw. rozrzuconych jest ponad 200 obiektów, w których dawni Khmerowie widzieli świątynie, mauzolea, obserwatoria oraz budowle publiczne. Wszystko to stanowiło dla nich źródło dumy narodowej. Z początku budowle te poświęcone były wielu bóstwom m.in. hinduistycznej trójcy – Sziwie, Wisznu i Brahmie, później ich patronem stał się Budda. Każda duża świątynia zatrudniała ok. 10 tysięcy kapłanów, tancerek i służby a zgromadzone w niej bogactwa świadczyły o potędze danego miejsca. Tętniący życiem Angkor przewyższał rozmiarami ówczesny Rzym oraz Paryż, licząc ok. milion mieszkańców.
Naszą khmerską przygodę rozpoczynamy od jednej z najdalej położonych świątyń w tym rejonie, Banteay Srei. Na szczęście pora deszczowa odstrasza wielu turystów. Na miejscu kręci się zaledwie parę osób, które przeskakując przez kałuże próbują obejść tą niewielką świątynię dookoła. Rozproszone światło słoneczne razi w oczy. Jadąc w kierunku kolejnej świątyni wpadamy w strugi deszczu. Daa zatrzymuje tuk tuka, zakrywa naszą kabinę a sam zakłada cienki płaszcz przeciwdeszczowy. Chwilę później woda zalewa pola ryżowe a my jedziemy wolno po ogromnej kałuży wyglądającej jak wąską rzeka. Niesamowite, jak szybko ulewa zmienia tutejszy krajobraz. Postanawiamy poczekać aż się rozpogodzi, choć niewykluczone, że padać będzie przez cały dzień. Lokujemy się w restauracyjce naprzeciwko kolejnej świątyni. Natychmiast podbiegają do nas dzieci kucharek i starają się sprzedać przedruki książek, pocztówki, bambusowe bransoletki. Ku mojemu zdziwieniu jedna z dziewczynek zna kurs dolara do złotówki.
Lokalizacja małych knajpek nie jest przypadkowa. Poruszając się między świątyniami napotykamy biedaków, którzy nie stanęli jeszcze na nogi po krwawym reżimie Pol Pota. Ich domy są zbitką słomy i drewnianych pali, na podwórku żarzy się palenisko a wokoło przechadzają się woły. Przeciętna rodzina musi wyżyć za parę dolarów miesięcznie; stąd potrzeba zarobku na turystach. Restauracje, poza wyznaczoną i odgrodzoną ulicą w centrum Siem Reapu, znajdują się również tuż przy wejściu do bardziej popularnych świątyń. Oprócz tradycyjnych azjatyckich potraw takich jak smażony ryż z mięsem lub warzywami, możemy napić się w nich coca - coli. Na szczęście McDonald’s jeszcze tam nie dotarł.
Po godzinnym odpoczynku decydujemy się na zwiedzanie w deszczu, który znacznie już osłabł. Grzęznąć w błocie dochodzimy do stromych schodów. Bez namysłu wspinamy się na sam szczyt, z którego rozpościera się widok na gąszcz drzew okalających świątynie Angkoru. Prawdopodobnie to samo zobaczył ich odkrywca, francuski przyrodnik Henri Mouhot w 1860 r. Po jego powrocie do Europy ludzie zaczęli interesować się tymi tajemniczymi budowlami. Do Kambodży sprowadzono ekspertów i rozpoczęto prace archeologiczne. Na początku należało odsłonić świątynie poprzez wykarczowanie części dżungli i oczyszczenie terenu. Następnie zabrano się za rekonstrukcję. Niektóre świątynie rozbierano, skrupulatnie czyszczono i ponownie składano.
Po zwiedzeniu paru zapomnianych, niesamowicie zniszczonych budowli Daa zawozi nas do Angkor Thom. Na tym ogromnym terenie znajduje się parę świątyń ale najsłynniejszą i najbardziej okazałą jest Bayon, wybudowana na przełomie XII i XIII w. Cechą charakterystyczną tego miejsca są kolumny z wyrzeźbionymi twarzami po każdej stronie. Kompleks ten stanowił swego czasu umowne centrum świata oraz khmerskiego królestwa.
Następnego dnia kontynuujemy eksplorowanie tych magicznych miejsc. Dzień zaczynamy od spaceru po Angkor Wat budowanym przez 40 lat. Kompleks ten jest jedną z najlepiej odrestaurowanych świątyń stanowiących niegdyś miejsce kultu króla – boga. Wieże centralnej świątyni, wybudowanej w XII wieku, symbolizowały szczyty mitycznej góry Meru, stanowiącej centrum wszechświata i zarazem siedzibę wielu bogów hinduizmu. Zewnętrzny mur oznaczał krawędź świata, fosa przedstawiała natomiast oceany. Aby w pełni dostrzec walory tego miejsca, po przejściu długą promenadą należy wspiąć się na samą górę. Jest to o tyle ryzykowne, że strome schody są śliskie od deszczu a płaszcz przeciwdeszczowy zasłania mi stopy. Warto było zaryzykować – widok jest oszałamiający. Podobno Angkor Wat najpiękniej wygląda o wschodzie Słońca, ale byliśmy zbyt zmęczeni, żeby wstać o świcie i pojechać do świątyni.
Powoli się przejaśnia a my koniecznie chcemy zobaczyć sanktuarium Ta Prohm, w którym kręcono niektóre sceny filmu Tomb Raider. To niewątpliwie jedno z najbardziej olśniewających i magicznych miejsc w całym rejonie, położone w samym środku lasu równikowego. Zwały kamieni blokują przejście, bujna roślinność wdarła się na dziedziniec a olbrzymie drzewo, niczym kałamarnica, obejmuje swymi korzeniami kamienne bloki. Żeby obejść cały teren, ślizgając się po błocie i zanurzając po kostki w kałużach, potrzeba nie lada wysiłku. Tym bardziej dziwi mnie Azjatka spacerująca po ruinach w odkrytych, wysokich szpilkach i atłasowej spódnicy.
Po dwóch dniach intensywnego odkrywania średniowiecznych świątyń khmerskich opuszczamy Siem Reap. Ściśnięci w poobijanym pikapie jedziemy do przystani w której przesiadamy się na drewniany stateczek. Co jakiś czas zabieramy pasażerów, którzy podpływają do nas na łódkach z okolicznych miasteczek. Jest tłoczno, niektórzy turyści opalają się na dachu; podróż trwa prawie siedem godzin. Gdyby nie solidne opady monsunowe, jezioro Tonle Sap nie wystąpiłoby z brzegów umożliwiając nam tą przeprawę. Płyniemy do Battambang, drugiego pod względem wielkości miasta w Kambodży, z którego musimy przedostać się do granicy z Tajlandią. Nikt nie wie, o której godzinie zamykają przejście. Kierowca, który podwozi nas swoim starym jeepem chce zdążyć przed zmierzchem. Przez trzy godziny męczymy się jadąc po wertepach, ale widok nam wszystko rekompensuje. Mijamy pola minowe, pozostałość po latach wojny i walk domowych, oraz przepiękny, soczyście zielony krajobraz. Do dawnego Syjamu docieramy po zachodzie Słońca.