Kontynuacja publikacji: Zapomniana melodia - część 2.
Spośród kamienic stojących na początku Nowego Światu, niedaleko placu Trzech Krzyży, jedna wyraźnie wyrosła ponad swe otoczenie. Los chciał, że to właśnie budynek, w którym rozbrzmiewa „Melodia”. Na górze pięciokondygnacyjnego obiektu umocowany jest neon z napisem „dansing”. Jednak widać, że od lat nikogo on nie interesuje. Wisi zapomniany, otoczony plątaniną kabli i drutów, które teraz chyba jedynie chronią lampę przed urwaniem się i widowiskowym roztrzaskaniem na biegnącej dołem ulicy.

źródło: designgirl.blox.pl
Trzeba wiedzieć, że neon nie jest spadkiem po PRL-u. Jego historia sięga dalej. Warszawiacy mogli go podziwiać już w 1932 roku, bo wtedy właśnie został zbudowany, bardzo nowoczesny jak na owe czasy, dom z dansingiem „Paradis” na parterze i podziemiach. Według Jerzego Kasprzyckiego, autora kilku tomów „Korzeni Miasta” z felietonami o Warszawie, mieszkańcy stolicy niezbyt ciepło przyjęli nowatorski projekt. Narzekali, że jest zupełnie niedostosowany do zabudowy ulicy. Jednak szybko się do niego przekonali. Dość powiedzieć, że z racji tego, że w Paradisie był i bar, i dansing, Nowy Świat był nazywany rajem Warszawy.
Dochodzi dwunasta, więc klub pewnie jest jeszcze zamknięty. Otwarta jest co prawda restauracja „Melodia”, jednak ona mieści się pod numerem 5, a tymczasem Paradis oznaczony był trójką. Mam jednak szczęście, ponieważ do lokalu przyjechał jego szef.
- Mogę zająć chwilę? Piszę reportaż i chciałbym porozmawiać o „Melodii” - pytam postawnego, dosyć młodego mężczyznę.
- A nie może pan przyjść w godzinach otwarcia klubu? Teraz mam urwanie głowy - odpowiada, nie kryjąc zniecierpliwienia.
- Wtedy będzie dużo ludzi, nie porozmawiamy - widzę, że się waha. - To tylko parę minut.
- Dobrze, porozmawiajmy - odpowiada w końcu.
Schodzimy razem do piwnicy. Opisując „Paradyz”, Konwicki posłużył się porównaniem do studni, obramowanej u góry galerią. Faktycznie, z dołu tak to wygląda. Jednak w porównaniu do lokalu opisanego w „Małej apokalipsie” mniej jest stolików – ustawione są jedynie pod ścianami, a więcej miejsca do tańca – parkiet zajmuje lwią część powierzchni „Melodii”.
- Tu kiedyś był lokal „Paradis” - pytam, gdy właściciel zapalił lampy i zrobiło się trochę jaśniej.
- „Paradis” to było przed wojną. Po wojnie była „Melodia”.
Ma rację. Życie w PRL-u miało być przepełnione melodią – stąd nazwa lokalu usytuowanego na Nowym Świecie. Jego losy były burzliwe, lecz cieszył się dużą popularnością. Występował tu między innymi Kabaret pod Egidą, a swoje kariery zaczynali Krystyna Janda i Jacek Kaczmarski. Wraz z wprowadzeniem stanu wojennego dansing przestał odgrywać taką rolę w życiu rozrywkowym warszawiaków. Skończyły się występy kabaretowe i gościom pozostały jedynie tańce. Tancbuda cieszyła się coraz gorszą reputacją, zaczęło tu zaglądać coraz bardziej szemrane towarzystwo i w 1987 roku peerelowska „Melodia” ucichła na dobre.
- Kiedy wynajęliśmy lokal, był on w tragicznym stanie – opowiada właściciel. - Woda była do kolan, masa gruzu. Spływały tu ścieki.
Doprowadzenie „Melodii” do ładu zajęło ponad rok. Od 2005 roku klub ponownie przyjmuje gości. Jednak, mimo że nazwą nawiązuje do lokalu, do którego przychodzili najbardziej utalentowani artyści swojego pokolenia, nie udało mu się odtworzyć panującego tam klimatu. To po prostu kolejne miejsce w Warszawie, gdzie można napić się i potańczyć do niezbyt wyszukanych rytmów.
- Tu była kiedyś kuchnia? - pytam, rozglądając się dookoła sali.
- Kuchnia? Nie... Chociaż zaraz, faktycznie, gdzieś tutaj była.
Pytam o to, ponieważ w „Małej apokalipsie” goście dostali się do KC właśnie z kuchni „Paradyzu”.
- A są tu może jakieś wyjścia z tej piwnicy?
- Tak, tutaj było przejście, na wysokości pierwszej loży – pokazuje na ścianę – ale teraz jest zamurowane. Prowadziło do sąsiedniego domu. Ale w piwnicy drugiej kamienicy, nr 5, jest podobno przejście do KC - opowiada.
- Do KC? A możemy iść do tej piwnicy? - pytam zaskoczony.
- Nie mamy dostępu. Trzeba się skontaktować z administratorem tego budynku.
Szef klubu wypowiadał swe słowa z taką pewnością, jakby co najmniej raz w tygodniu przemierzał kilkudzesięciometrową drogę tunelem łączącym kamienicę z „białym domem”. O istnieniu podziemnego przejścia przekonany był również Konwicki. W obszernym wywiadzie autorstwa Stanisława Beresia pewny swego pisarz opowiadał: - Jestem po prostu realistą. Po ukazaniu się „Małej apokalipsy” przez osiem miesięcy poprawiano przejście z „Melodii” do KC. Wszystko było rozkopane.
- Nic nie wiem na temat żadnego przejścia – mówi jednak administrator.
- No to może umówiłby się pan ze mną i razem poszlibyśmy to sprawdzić – pytam go w rozmowie telefonicznej.
- To niemożliwe. Najpierw wejdą tam inspektorzy budowlani.
- Proszę zadzwonić za dwa miesiące, może coś będzie wiadomo - rozłączył się.
Oczekując na spotkanie z Konwickim jeszcze parokrotnie odwiedzałem Nowy Świat. Zaglądałem do restauracji „U sekretarzy”. Ani razu nie odnalazłem tam atmosfery, którą konsekwentnie buduje w swoich utworach pisarz. Nie odczuwałem żadnej tajemniczości, żadnego ściskania serca, o którym pisał Konwicki. To po prostu zwykła restauracja, która próbuje ściągnąć klientów, używając haseł rodem z PRL-u. W rzeczywistości nie łączy jej z tą epoką nic.
Wychodzę z „białego domu” i widzę, że od południowej strony ekipa filmowa przygotowuje się do zdjęć. Jeden z członków obsługi mówi mi, że wybrali to miejsce, nie ze względu na historię, wymowę budynku, a jedynie z racji odpowiedniego wnętrza gmachu. „Melodia” przygotowuje się na przyjście imprezowiczów, w części restauracyjnej panowie w błyszczących garniturach dyskutują na temat prowizji.
Jadąc metrem do domu otwieram „Małą apokalipsę”. W książce pisanej pod koniec lat 70. czytam fragment o „Paradyzie”: - Architektonicznie i w wystroju nadążał za standardem światowym, lecz przypominał zarazem ruinę tuż przed zawaleniem. Taki był zresztą styl całego państwa. Jakby ci wszyscy ludzie czekali na rychłą przeprowadzkę do nowego kraju. - pisze Konwicki.
Dzisiaj wszyscy mieszkamy w tym nowym kraju. Pamiątki z tamtych czasów niby wciąż są obecne. Stoi gmach Komitetu Centralnego, w podziemiu budynku wciąż można zjeść, a ludzie nadal bawią się w „Melodii”. Jednak nie są to te same miejsca co przed kilkudziesięciu laty. Często nawet ich bywalcy nie zdają sobie sprawy, gdzie się znajdują. Wszystkie te obiekty straciły swoją wyjątkowość, swój czar - ich magia przeminęła. Symbole dawnych czasów odchodzą w niepamięć. Tak jak stary neon „dansing”, który już od dawna nie świeci swym dawnym blaskiem. A Konwicki...
Dzwonię do niego po powrocie do domu. W słuchawce zgłasza się ochrypły, szorstki głos.
- Jestem ledwo żywy. Nie dam rady, naprawdę.
Koniec części trzeciej (ostatniej).