Wybierz lokalizację
Dołącz do nas na FacebookuŚledź nas na TwitterzeZrób zdjęcie i wyślij MMSemWyślij temat!
Newsletter

Newsletter

Zaprenumeruj nasz newsletter. Wpisz e-mail:

Dane teleadresowe

AWR WPROST
ul. Domaniewska 39a
02-676 Warszawa
tel. (22) 529 11 69
fax (22) 852 90 16
email redakcja@infotuba.pl

Redaktor prowadząca

Izabela Smolińska

i.smolinska@wprost.pl

Redaktor

Piotr Rodzik

p.rodzik@wprost.pl

Patrzę codziennie na Nową Hutę. Rośnie, promienieje i śmieje się do mnie.

20 października 2009, 12:26 Komentarzy: 1 | Ocena: 5.00 (2 głosy)

Autor: depechmaniac

Reportaż powstał na 60-lecie Nowej Huty i w kolejną rocznicę ukazania się reportażu Ryszarda Kapuścińskiego na temat tejże dzielnicy pt:. To jest prawda o Nowej Hucie. Brał udział w konkursie.

Patrzę codziennie na Nową Hutę. Rośnie, promienieje i śmieje się do mnie.
Jest rok 1992, majowy poranek. Siedzę na lekcji historii i patrzę na swego nauczyciela. Opowiada nam historię Nowej Huty. Na jego twarzy widać stan podniecenia. Czym?! Nową Hutą?! Za oknem słońce! Pogoda idealna, aby wyskoczyć i pograć w piłkę, a ten mówi: „To jest żywy pomnik ludzkiego wysiłku i oddania sprawie”. Mam ochotę wstać i przypomnieć mu, że mamy rok 1992, minęły już trzy lata od rozmów przy okrągłym stole, komunizm upadł, nie musi obawiać się o życie mówiąc coś złego na temat komunistycznego reliktu, jakim dla mnie jest Nowa Huta.

Nauczyciel spogląda na mnie jakby wiedział, że czynię mu takie wyrzuty, a moje myśli nie są związane z jego przekazem. Odnoszę wrażenie, iż przez krótką chwilę kiedy na siebie patrzymy on odprawia jakieś czary i rzuca na mnie klątwę. Klątwę w postaci mojego przebywania w tym, jak to nazwałem, relikcie. Nawet słyszę jego słowa: „a Ty, Majkowski za karę spędzisz resztę swojego życia właśnie w Nowej Hucie, a jeśli nie w niej, to blisko niej”. Na całe szczęście dzwonek ratuje sytuację i nauczyciel żegna nas oschle. Patrzę na moją klasę. Nie widzę, by jakoś żałowała, że opowieść o Nowej Hucie dobiegła końca. Szybko o niej zapominam.
Czternaście lat później, rok 2006, październik, jadę ulicą Jana Pawła II w Krakowie na chwilę zatrzymując się na skrzyżowaniu z ulicą Nowohucką. Staje mi przed oczami obraz mojego nauczyciela historii. Jest jak żywy, a ja z przerażeniem stwierdzam, że za kilkadziesiąt sekund, kiedy zapali się zielone światło dopełnię rzuconej na mnie klątwy. Tak też się dzieje, wkraczam w świat, który nazwałem lat temu kilkanaście reliktem.

Chyba nie słyszałem do końca klątwy mojego nauczyciela, albo usłyszałem tylko część, resztę zagłuszył dzwonek. Nie jest dla mnie aż tak dużym szokiem fakt, że ta klątwa się wypełnia. Szokiem jest to, że w tym miejscu przyjdzie na świat moja latorośl.

Na tylnym siedzeniu siedzi moja ciężarna żona. Jadąc mijamy kolejne ulice, dojeżdżając do serca Starej Nowej Huty, czyli Placu Centralnego. Niby nie słuchałem tej lekcji, a czuję jakbym ponownie brał w niej udział. Wydaje mi się, że mój nauczyciel historii siedzi na siedzeniu obok mnie i mówi: „Tak Majkowski, to jest właśnie serce tej dzielnicy, tego miasta, które powstało na terenach trzech podkrakowskich wsi”. O zgrozo, za jakie grzechy jestem w tym skansenie?
Wszystko takie szare, te budynki. Ja, miłośnik nowoczesności zwiedzam w tej chwili skansen. Czuję jakbym właśnie wchodził do mieszkania mojej babci, gdzie świat zatrzymał się na późnym Gomółce, a wczesnym Gierku.
Mój nauczyciel mówi: „Stara Nowa Huta została zaprojektowana od podstaw, a głównym projektantem mianowano Tadeusza Ptaszyckiego. Jej arterie miały wyznaczać najważniejsze kierunki miasta: "oś huty" była "osią pracy", "oś śródmieścia" połączyć miała plac Centralny z placem Ratuszowym, wokół którego miały znajdować się siedziby partii, związki zawodowe i organizacje społeczne. Zapomnieć nie można, iż miejsce to powstało za czasów „świetności” PRL-u, jako dar dla społeczności robotniczej”.
Ten wariat siedzący w mojej głowie śmieje mi się prosto w twarz. Słyszę jego donośny śmiech. Spoglądam na swoją żonę, która jest nieświadoma tego, co właśnie się ze mną dzieje, co właśnie przechodzę. Uśmiecha się do mnie i mówi: „Dobrze, że teraz nowe osiedla malowane są na żywsze kolory, jak ludzie mogą tu mieszkać w tych kwadratach? To miejsce nie nastraja pozytywnie do życia.”. Nie nastraja? Ludzie, których mijamy wyglądają na normalnych, niektórzy się śmieją. Zarówno młodsi jak i starsi prowadzą rozmowy, śpieszą się, wsiadają do autobusów i tramwajów. Czy nie zdają sobie sprawy z sytuacji? Są częścią tego skansenu, a jednak zachowują się normalnie. Ubrania z naszej epoki, uczesanie, makijaż, tylko te bloki jakoś z innej bajki chyba. Bajki, w której ktoś zabrał światu kolory i dał jedynie odcienie szarości. Zadaje sobie pytanie: „Czy Ci ludzie też nie słuchali na lekcjach o historii Nowej Huty i zostali przeklęci przez nauczycieli-szamanów i zesłani w to miejsce?”.

Po 20 minutach „zwiedzania” docieramy do szpitala Ujastek mijając główną bramę wjazdową Huty im. Sędzimira. Ten szaman jest cały czas ze mną. Teraz wywołuje mnie do tablicy i zadaje pytanie: „Majkowski, powiedz mi, jak ten kombinat, ta huta nazywała się w latach swojej świetności?”. Myślę, a nauczyciel stawia mi ultimatum: „Majkowski, jeśli odpowiesz Twoja klątwa zostanie zdjęta”. Szperam w szarych komórkach, jest, znajduję, odpowiadam: „Huta im. Lenina”. Szaman traci oddech w płucach, widzę jak nie może wypowiedzieć słowa. Po chwili jednak mówi: „Majkowski jestem z Ciebie dumny, jednak pamiętasz co nieco z lekcji, wystawiam ocenę, pięć”. Po tych słowach znika, jakby za dotknięciem magicznej różdżki. A ja i moja żona wysiadamy z samochodu, wchodzimy posłuchać bicia serca naszej nienarodzonej córeczki.

Pamiętny 12 marca 2007. Na świat przychodzi moja córka. A gdzie? Rodzi się w szpitalu Ujastek na Nowej Hucie, blisko huty zwanej kiedyś im. Lenina. Dwa bijące serca, jedno mojej córeczki, drugie kombinatu. Z tą różnicą, że mojej córeczki bije jak oszalałe, co słyszę i czuję, a kombinatu kończy chyba już swój żywot, co widać. Zastanawiam się, jaki wpływ miał naprawdę na moje życie i zesłanie do Nowej Huty mój nauczyciel historii. Czy rzeczywiście wymyślona przeze mnie klątwa chodziła mu po głowie? To jest teraz jednak na drugim planie, jestem szczęśliwy, chyba widzą to mijający nas ludzie, bo uśmiechają się do mnie. Ja dumnie niosę swoją córeczkę w foteliku. Wracamy do domu ulicami Nowej Huty. Nie przeszkadza mi szarość, relikt, skansen. Rozumiem teraz, dlaczego ludzie mieszkają w Nowej Hucie i są szczęśliwi, mimo jej szarości. To jest ich dom, tutaj są ich rodziny. To co najważniejsze.

Pomimo tego, iż czuję się w niej jak podczas odwiedzin u mojej babci nie przeszkadza mi zatrzymany w niej czas. To tak jakbym przeglądał rodzinny album z fotografiami, na których uwieńczone jest życie, które minęło. Z tą różnicą, że jadąc Nową Hutą mogę tego dotknąć, jest to namacalne. Mogę poczuć oddech dzielnicy, która w pewnej części lata świetności ma dawno za sobą, tak jak jest to w przypadku mojej babci.

Wracamy tą samą drogą, lecz odczucia zupełnie inne niż rok wcześniej. Pytam żony: „Czy zauważasz różnicę? Jest chyba inaczej niż przed narodzinami Majki?”. Żona patrzy na mnie jak na wariata i pyta:, „O co Ci chodzi?”.

Jedziemy ulicą Solidarności, widzę rodziny z dziećmi bawiące się przy zalewie, czego rok wcześniej nie dostrzegłem. Ten zalew tutaj był? Mijamy Plac Centralny i zauważam uśmiechniętych ludzi w podeszłym wieku siedzących na ławkach i ostro dyskutujących. Wpadamy w końcu w Jana Pawła II. Na balkonach szarych bloków dostrzegam ludzi, którzy zajmują się swoim życiem wywieszając pranie, palących papierosy. Wjeżdżam na rondo Czyżyńskie, jadę dalej ulicą Jana Pawła II i zatrzymuję się na tym samym skrzyżowaniu z ulicą Nowohucką, co rok wcześniej. Znów czerwone światło, tym razem jednak nie mam uczucia niepokoju, tylko jakiś dziwny sentyment do tej dzielnicy. Po raz ostatni pojawia się przed oczami mój nauczyciel, mówi: „Majkowski, mam nadzieję, że moja klątwa wyszła Ci na dobre. Bądź co bądź na Nową Hutę będziesz już teraz patrzył codziennie, gdziekolwiek się znajdziesz. Szkoda tylko, że swojej córce tak na imię nie dałeś”. W tej chwili na jego twarzy pojawia się uśmiech, po czym on sam znika. Ja mam zielone światło i wracam z moją rodziną do osiedla mieszczącego się w Parku Lotników, tuż za miedzą Nowej Huty. Zrządzenie losu? Klątwa? Jak zwał tak zwał. Jestem szczęśliwy.

Tym dziwnym zrządzeniem losu mieszkam tu, tuż za miedzą Nowej Huty w chwili obecnej. Patrzę codziennie na moją własną „Nową Hutę”. Rośnie, promienieje i śmieje się do mnie. Ta starsza, również jest blisko mnie. Moja córka Nowohucianka, jakby nie było właśnie w tym roku obchodzi swoje drugie urodziny, a ta starsza? Ten rok jest również jej jubileuszem i to okrągłym jak się okazuje. Zastanawiam się, czy ten jubileusz powinien być powodem do fetowania, czy też do stypy patrząc na Nową Hutę okiem przyjezdnego?

Okrągła 60-ka, dla każdego człowieka jest schyłkiem życia i wyczekiwaniem na nadejście tego, co nieuchronne. Szczerze mówiąc, pomimo sentymentu w postaci mojej córeczki, to jeżdżąc czasami po Nowej Hucie mam wrażenie, że z taką właśnie starszą osobą mam do czynienia. To tak, jakbym obcował ze swoją babcią lub dziadkiem i tylko przez szacunek dla wieku i więzów rodzinnych słucham ich opowiadań powtarzanych setny raz w czasie rodzinnych spotkań. Są zgarbieni, szczerbaci, pomarszczeni i sponiewierani przez życie, tak jak ona. Przyglądając się jej prawie każdego dnia można pokusić się o stwierdzenie, że Kraków tylko czeka, by jego bliska krewna zeszła z tego świata, by ustąpić miejsca „młodszym”. Ona sama również nie dba za bardzo o swój wizerunek, a jedynie poddaje się spokojnej wegetacji, czekając na nadchodzący koniec, jakby pogodziła się ze swoim losem, tej drugiej, gorszej i nikomu niepotrzebnej, przez wzgląd na swoje lata, a w szczególności przez robotnicze pochodzenie. Jeżeli jednak ona w moim odczuciu jest 60-cio letnią staruszką, to kimże jest wobec niej Kraków? Przodkiem z epoki kamienia łupanego?

Swoją drogą, to pierwsze, co rzuca mi się w oczy w czasie egzystowania w Krakowie i podczas rozmów z „tubylcami”, to niechęć, w szczególności społeczności tej typowo krakowskiej zamieszkującej tereny historycznie krakowskie, do mieszkańców i terenów Nowej Huty. Nie wiem dlaczego mieszkańcy Nowej Huty traktowani są z pewną dozą pogardy przez tych drugich i na odwrót. Czy jest to spowodowane tym, iż Kraków był kolebką królów, w pewnym okresie stolicą naszego kraju, a Nowa Huta kolebką i stolicą jedynie ludu robotniczego, która powstała na terenach trzech podkrakowskich wsi? Bardzo prawdopodobne. Można przyjąć, że obie społeczności nie kierują się powiedzeniem: „Traktuj bliźniego swego jak siebie samego, a jedynie jego modyfikacją: „Traktuj bliźniego swego jak coś gorszego”.

Codzienność, czyli osiedla z płyty. Mijam je w trakcie drogi do pracy, po zakupy do hipermarketów, (Czyżyny, Dywizjonu 303, czy też Mistrzejowice). Dominują w Nowej Hucie i przywołują wspomnienia z mego dzieciństwa i młodości, które są związane z takimi osiedlami, bo sam na podobnych w rodzinnym mieście mieszkałem. To jest właśnie Nowa Huta - solenizantka, którą znam i z którą obcuję na co dzień.

Odnoszę wrażenie, że dostałem imienne zaproszenie na imprezę urodzinową tej dzielnicy wysłane 14 lat temu na lekcji historii przez mojego nauczyciela-szamana.
A skoro już dostałem taką możliwość i imprezuję tu trzy długie lata, to wypada złożyć życzenia. Czegóż mogę więc życzyć solenizantce Nowej Hucie w dniu jej sześćdziesiątych urodzin? Przede wszystkim, ażeby odświeżyła swój oddech, postarała się o protezy do swego przerzedzonego uzębienia, przeszła poważny face lifting. Zadbała o swoje serce i pofatygowała się do lekarza na badania, aby sprawdzić, czy nie toczy jej choroba. Jeśli ją toczy, to życzę, aby lekarz na podstawie wyników badań przepisał jej coś na jej dolegliwości, które związane są z szarością i bladością jej wizerunku, jak również recepty na większy optymizm i przede wszystkim czegoś na psyche. Przestania bycia tą drugą, by nie powiedzieć gorszą, jedynie przez fakt, że jest dzielnicą miasta Krakowa.

A dlaczego proszę Państwa? A dlatego, że jest w tej dzielnicy coś szczególnego. Coś, co pozwala myśleć mi o niej pozytywnie, mimo jej szarości i bladości. Być może związane to jest z moją córką, która przyszła tu na świat i przez wzgląd na ten fakt nie zwracam uwagi na ułomności Nowej Huty. Być może z faktem, iż sam w rodzinnym mieście mieszkałem w osiedlu z płyty. Być może przez fakt, iż moi rodzice jak pierwsi mieszkańcy Nowej Huty wywodzą się z klasy robotniczej. Cokolwiek to jest, nie pozwala mi już myśleć o niej jak o sześćdziesięcioletniej babci, którą odwiedza się jedynie w przypadku właśnie takich jubileuszy.
A więc Nowa Huto, wszystkiego najlepszego i oby kolejne sześćdziesiąt lat przyniosło Ci rozkwit, renesans, jak to było na początku Twego istnienia, bez względu na koszty związane z zakupem protez dentystycznych, z pokryciem kosztów operacji plastycznych, ilości wstrzykniętego botoksu, jak również elastycznego silikonu.

KOPIOWANIE I WYKORZYSTYWANIE TREŚCI I ZDJĘĆ ZAWARTYCH W ARTYKULE BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83).

Tagi: foto

Dodaj do ulubionychWyślij znajomemuZgłoś naruszenie regulaminu

Dodaj Komentarz

Dodaj komentarz

Proszę nie wypełniać, pole musi byc puste!
Komentarz głosowy
Aby nagrywać komentarze głosowe potrzebujesz wtyczki Flash w wersji 8 lub wyższej.
Proszę się upewnić, że mikrofon jest poprawnie podłączony i ma odpowiednio ustawioną głośność.

Komentarze (1)

  • 1)

    bizon20 października 2009, 15:13


    Jaki kombos tekst!


RSSArtykuły | Wydarzenia


© 2007 AWR Wprost

Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Janmedia Interactive

Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System