Wybierz lokalizację
Dołącz do nas na FacebookuŚledź nas na TwitterzeZrób zdjęcie i wyślij MMSemWyślij temat!
Newsletter

Newsletter

Zaprenumeruj nasz newsletter. Wpisz e-mail:

Dane teleadresowe

AWR WPROST
ul. Domaniewska 39a
02-676 Warszawa
tel. (22) 529 11 69
fax (22) 852 90 16
email redakcja@infotuba.pl

Redaktor prowadząca

Izabela Smolińska

i.smolinska@wprost.pl

Redaktor

Piotr Rodzik

p.rodzik@wprost.pl

Ja, małe Chiny i Yokohama

6 kwietnia 2010, 14:00 Komentarzy: 2

Autor: depechmaniac

Kontynuacja publikacji: Gajdżin w krainie czarów

Mieszkając samotnie przez sześć miesięcy w mieście o interesującej nazwie HIRATSUKA, w chwilach wolnych od indoktrynacji, czyli w czasie weekendów, miałem możliwość zwiedzania otaczających mnie terenów.

Ja, małe Chiny i Yokohama
Do takich zaliczona została przeze mnie YOKOHAMA. Znajduje się ona jakieś 45 minut drogi pociągiem od HIRATSUKI. Jestem ciekaw czy zwróciliście uwagę na słowo: samotnie? Tak, mieszkałem sam jak palec wśród samurajów. Nie dlatego, że nikt mnie nie kochał. Spowodowane to było tym, że reszta moich kompanów urzędowała razem w OSACE, a ja sam, jak przysłowiowy palec właśnie w HIRATSUCE. W pobliżu tego miasta mieściło się Centrum Techniczne mojego japońskiego pracodawcy. Cud, że nie zwariowałem. Prawdziwy twardziel ze mnie, ale to dzięki takim pierwowzorom, jak: Arnold Schwarzenegger, Sylwester Stallone czy też Bruce Willis. No i macie już obraz mojej osobowości. Możecie zacząć się bać.

Wracając do podróżowania pociągiem. Pomyślicie pewnie, że zwariowałem, iż udałem się tam tym środkiem lokomocji. Otóż pociąg w kraju kwitnącej Wiśni nie jest tym samym, co pociąg u nas, w Polsce. Jeśli lubicie charakterystyczny odgłos polskiej kolei, a dokładniej jej szyn i kół, czyli tak nam znajome tutu tutu tutu tutu, musicie, albo na Wasze szczęście możecie o tym zapomnieć. Pociąg osobowy jedzie w Japonii szybciej niż w kraju nad Wisłą ekspres, a przy tym nie hałasuje. To, co zobaczyłem na dworcach przeszło również moje najśmielsze oczekiwania. Po doświadczeniach z polskim transportem szynowym myślałem, że tak po prostu musi być. Japonia zweryfikowała mój pogląd na kolej. Zresztą nie tylko na nią. Pokazała, że można podróżować szybko i przede wszystkim niedrogo. Powiedzenie „chcieć to móc” sprawdza się w tym kraju w każdej dziedzinie.

To, co może Was jeszcze zainteresować to fakt, że pociągi nie mają żadnych opóźnień!!! Can you believe it? Pociągi przyjeżdżają wg rozkładu jazdy tak dokładnie, że można regulować zegarki. Niemożliwe? To czytajcie dalej. Oprócz faktu, że przyjeżdżają punktualnie, to jeszcze zatrzymują się na peronie w dokładnie wyznaczonych miejscach. Na peronie namalowane są „drzwi”. No powiedzmy pasy o szerokości „drzwi”. Pociąg, a wraz z nim wagony zatrzymują się właśnie w takich miejscach. Dokładnie, co do milimetra. Nie wierzycie? A jednak! Doświadczyliście ogólnego chamstwa na polskich peronach, przepychanie się i cwaniactwo? Kto pierwszy ten lepszy? W Japonii nie doświadczycie. Myślę, że nie będziecie za tym jednak tęsknić. Oprócz faktu, że pociąg zatrzymuje się w dokładnie wyznaczonych miejscach, to jeszcze ludzie ustawiają się w kolejce, by wsiąść do wagonu. Tak, dobrze przeczytaliście w KOLEJCE. Takiej, jak u nas np. w sklepach. Nikt nie próbuje się przeciskać i cwaniakować. Kolejka jest kolejką, a ORDNUNG MUß SEIN. To chyba nie ten naród. Chociaż może jednak tak. Wszak Niemiec i Japończyk, dwa bratanki. Japonia była przecież w czasie II Wojny Światowej członkiem Państw Osi. Może więc trochę tego ORDNUNGU od Niemców przejęła. Ot taka ciekawostka odnośnie kolei, jeśliby ktoś z ulicy Wiejskiej mówił, że czegoś się nie da zrobić.

YOKOHAMA, bo o niej przecież miała być mowa, leży w zatoce Tokijskiej, na południe od TOKYO. Byłem w tym mieście dwukrotnie. Za pierwszym razem pojechałem, aby zobaczyć sławne wieżowce i chińską dzielnicę. Mieszka tu około 75 000 obcokrajowców. Najliczniejszą populacją jest oczywiście chińska. Oprócz niej możemy spotkać również Koreańczyków, Flipińczyków i Brazylijczyków. Podobną dzielnicę widziałem już wcześniej w KOBE, ale ta w YOKOHAMIE jest większa i bardziej okazała. Z tego, co mi wiadomo jest największą chińską dzielnicą w Japonii, jak również największą tego typu na obczyźnie, na kontynencie azjatyckim. Należy również do największych na świecie. Chińscy emigranci zaczęli napływać do YOKOHAMY, wraz z otwarciem portu morskiego. Stało się to pod koniec XIX wieku. Ich napływ zastopowała dopiero wojna chińsko-japońska, zapoczątkowana w roku 1937. Zakończyła się ona nieco później niż II Wojna Światowa, bo 9 września 1945. Od tej pory dzielnica na nowo zaczęła się rozrastać, by w drugiej połowie XX wieku stać się oficjalnie YOKOHAMA CHUKAGAI. Na polski - chińską dzielnicą. Dowodem tego było wybudowanie Wrót Dobrej Woli, czyli oficjalnego wejścia do dzielnicy.

Małe Chiny w Japonii, to coś bardzo szczególnego. Biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej antagonizmy pomiędzy Japończykami i Chińczykami. To tak, jak historia wzajemnych stosunków Polski i Niemiec czy też Polski i Rosji. Niestety Japonia, jak reszta świata też nie potrafi się oprzeć chińskiej fali, a może tak naprawdę nawet nie próbuje. Pomimo tych wzajemnych antagonizmów Japończycy inwestują przecież na rynku chińskim z dużym rozmachem, choć samych Chińczyków nie darzą sympatią, z wzajemnością zresztą.

Polecam ją gorąco. Jeśli będziecie w YOKOHAMIE musicie zobaczyć. Kolorowa, piękna, tłoczna, a przy okazji można dobrze zjeść. Sławetnych pieczonych psów nie widziałem, ale jadłem za to chińskie pyzy. Dwa razy większe od naszych polskich i chyba nawet smaczniejsze. Jedna wystarcza, by zabić głód. Nawet Snickers się nie umywa. W dzielnicy tej mieści się ponad 200 restauracji. Nic dziwnego więc, że gdzie się nie ruszysz, towarzyszy Ci zapach jedzenia, który nawet jeśli nie jesteś głodny spowoduje, że głodnym prędzej czy później się staniesz. Wspomniana liczba restauracji podana jest w przewodniku i podobno nie zawiera liczby pozostałych sklepów znajdujących się na jej terenie, a których jest całe mnóstwo, albo jeszcze więcej. Oprócz restauracji i sklepów odwiedzić można świątynię, by oddać się doznaniom duchowym. Naprawdę robi wrażenie. Jaskrawe kolory, dominującym jest złoty, tak samo, jak u nas w Bazylice w Licheniu. Widziałem ją jedynie na zdjęciach, osobiście tam nie byłem. To nie dla mnie. Zawsze zastanawiam się ile głodnych dzieci można by nakarmić za każdą cegłę takiej „świątyni”.

Z czystym sumieniem mogę Wam polecić wizytę na diabelskim kole, niedaleko chińskiej dzielnicy, jak również przejazd niedużym, ale bardzo efektownym rollercoasterem. Znajduje się blisko diabelskiego koła. Wizytacja tych dwóch atrakcji jest zwieńczeniem pobytu w YOKOHAMA CHUKAGAI i wszyscy turyści, którzy dzielnicę nawiedzają, kończą zwiedzanie właśnie w tym miejscu.

Moja druga wizyta związana była z mistrzostwami świata w piłce nożnej: JAPAN & KOREA 2002. Jak pewnie pamiętacie mecz inauguracyjny odbył się w KOREI, a finał miał być właśnie w YOKOHAMIE. Przed wyjazdem do Japonii żyłem nadzieją, że to Polacy zagrają w finale, ale na nadziei się skończyło. Być może było to spowodowane załamaniem psychicznym naszych zawodników po wykonaniu przez Edytę Górniak naszego hymnu, który zaprezentowała przed pierwszym meczem z KOREĄ. Nasi ocknęli się dopiero w ostatnim, wygrywając z USA 3:1. Pocieszeniem może być fakt, że z naszej grupy nie wyszła PORTUGALIA, która była murowanym faworytem bukmacherów. Moim zresztą również. Czyżby na nich też wpływ miała Edyta Górniak? Cóż, tego się nie dowiemy. Pocieszający jest jednak fakt, że Koreańczykom ulegli nawet rewelacyjnie grający Hiszpanie, którzy musieli uznać „wyższość”… sędziów.

Mówiąc o finale, należał do Niemców i Brazylijczyków. Jeśli chodzi o boisko, rzeczywiście może i grały dwie drużyny. Natomiast, jeśli mowa o tym, co działo się przed meczem i przed stadionem, to widać było jedynie kibiców Canarinios. Tańce, śpiewy, bębny i wszechobecna samba. Jeśli tak wygląda piłkarski raj kibica, to ja właśnie w nim byłem. Niestety nie dostałem się na sam mecz. Zresztą nie było tego w panie. YOKOHAMA STADIUM robił wrażenie i bez tego. Przypuszczam, że dla mnie, Polaka, który widział tylko Stadion Dziesięciolecia, a raczej to, co z niego zostało i obcokrajowców handlujących na nim, czym popadnie, wszystko mogło zrobić wrażenie i przecież robiło. To, co zobaczyłem wokół stadionu wystarczyło mi zupełnie. Mecz oglądałem już w HIRATSUCE. Jeśli chodzi o kibiców, chyba tylko nasi siatkarscy mogą równać się z Canarinios. Oprócz tejże właśnie nacji spotkałem wiele innych. Większość z nich było ubranych charakterystycznie dla swojego kraju. Byli wśród nich: Rosjanie - rośli, jak syberyjskie niedźwiedzie, Meksykanie - w swoich sombrerach, Hiszpanie - w strojach torreadorów, Belgowie i Irlandczycy - w narodowych koszulkach, dzierżący w dłoniach typowy atrybut każdego kibica, czyli kubek z piwem. Natknąłem się również na naszych sąsiadów, Niemców… ze Śląska, mówiących… po Polsku i ubranych w… koszulki „niemieckiego” napastnika - Klose. Nie ma, jak patriotyzm. Ja, głupi latałem trzymając w górze szalik z napisem Polska. Dla wyjaśnienia, trzymałem go poprawnie, a nie jak nasz szanowny prezydent, a oni ubrani byli w ornamenty niemieckie. Ciekawe dlaczego?

Tak moi drodzy, przez moment znalazłem się w piłkarskim raju. Zrozumiałem, że u nas, nie wszyscy, lecz zdecydowana większość „kibiców piłkarskich” przychodzi na mecze nie dla piłki, jako widowiska samego w sobie, a dla bijatyki. Niestety, nie o „take” widowisko tym pozostałym chodzi. Smutne to, ale prawdziwe. Mam nadzieję, że wraz z EURO 2012 i nowymi stadionami, jeśli tylko powstaną, rząd weźmie się za tych pseudo kibiców.

Wracając jednak do samego miasta, prócz wieżowców i chińskiej dzielnicy warto zahaczyć o YOKOHAMA MARINE TOWER. Mnie się niestety nie udało, może to przez moją fascynację chińszczyzną i mistrzostwami, bo to dla nich do YOKOHAMY pojechałem. Tą pierwszą fascynację możecie zwiedzić, a tą drugą, no cóż. Chyba, że macie możliwość cofnąć się w czasie i przestrzeni, jak to robił Jean-Claude Van Damme w „Strażniku Czasu”. Niemniej jednak polecam wszystkim odwiedzenie tego miasta, chociażby przez wzgląd na chińską dzielnicę.

Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć z miejsc wymienionych w tej odsłonie, to zapraszam na mojego bloga.

W KOLEJNEJ ODSŁONIE PRZECZYTACIE O MIEJSCU PIELGRZYMEK WIERZĄCYCH JAPOŃCZYKÓW, KTÓRE ZWIE SIĘ KAMAKURA.

KOPIOWANIE I WYKORZYSTYWANIE TREŚCI I ZDJĘĆ ZAWARTYCH W ARTYKULE BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83).

Tagi: foto

Dodaj do ulubionychWyślij znajomemuZgłoś naruszenie regulaminu

Dodaj Komentarz

Dodaj komentarz

Proszę nie wypełniać, pole musi byc puste!
Komentarz głosowy
Aby nagrywać komentarze głosowe potrzebujesz wtyczki Flash w wersji 8 lub wyższej.
Proszę się upewnić, że mikrofon jest poprawnie podłączony i ma odpowiednio ustawioną głośność.

Komentarze (2)

  • 1)

    wolfi6 kwietnia 2010, 21:30


    No to zwiedziłam kawałek Japonii. Dzięki za podróż:-) Popraw literówki, bo się w pośpiechu machnąłeś: "Can you believe it?", "Ordnung muss sein" i "kolei" . Zapewne po japońsku nazywa się "kolejing", w odróżnieniu od "kolejang" :-)

  • 2)
    depechmaniac

    depechmaniac6 kwietnia 2010, 21:40


    dzięki za wyłapanie błędów :)


RSSArtykuły | Wydarzenia


© 2007 AWR Wprost

Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Janmedia Interactive

Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System