Kontynuacja publikacji: Kenshu Center Osaka - obóz adaptacyjny dla ludzi z krajów trzeciego świata
Kraj kwitnącej Wiśni naprawdę piękny jest. Miejsc wartych, by rzucić na nie okiem jest bardzo, ale to bardzo dużo. Chciałbym Wam przybliżyć te, które mnie się udało zobaczyć. Mam nadzieję, że się spodobają. Jeśli kiedykolwiek będziecie w tym pięknym kraju, to naprawdę warto o nie zahaczyć. Gorąco polecam. Jeśli się będziecie tam wybierać, dajcie znać, chętnie zabiorę się z Wami.

źródło: WIKIPEDIA
No to jak mówią Japończycy IKIMASHIO, czyli w potocznej mowie „jedziemy z koksem”. Od razu do sedna, by nie przedłużać.
Grzechem byłoby nie zacząć od prastarej stolicy Japonii, o ciekawej nazwie NARA. Była ona, co prawda stolicą tylko około siedemdziesiąt lat, ale jej wizytacja jest głównym punktem każdej wycieczki Gajdżinów (czyt. obcokrajowców). Znajduje się w niej najstarsza świątynia, która w 100% wykonana jest z drewna i zachowała się do dnia dzisiejszego w stanie nienaruszonym. Zowie się
TODAI-JI. Charakterystyczne jest to, że wszędzie, gdziekolwiek się ruszycie powitają Was wszędobylskie
daniele. Są tak bardzo oswojone z ludźmi, że nie boją się nikogo ani niczego. Nie muszą używać rentgena, by dowiedzieć się, jaka jest zawartość plecaków szwędających się turystów. Wystarczy jedno „niuchnięcie” czarnym nochalem i jeśli macie coś, co je zainteresuje, nie odgonicie się od nich z pewnością. Są tak wścibskie, że nie odejdą od Was dopóty, dopóki tego nie dostaną. Miło poobcować z naturą w tak bliskiej odległości. Choć trzeba powiedzieć, że na dłuższą metę te zwierzaki robią się naprawdę męczące, by nie powiedzieć upierdliwe. Ja osobiście, po pewnym czasie miałem ochotę, by zaczął się sezon polowań, jeśli w ogóle taki w Narze był, na te piękne (czyt. upierdliwe) zwierzaki.
Wracając do najstarszej drewnianej świątyni, to nie wiem, w jaki sposób uchowała się do naszych czasów. Podobno jest jedyną. Wszystkie inne zostały dawno spalone lub rozebrane, a te, które są, to rekonstrukcje. Ta natomiast jest oryginalna, jak Tofik ze skeczu kabaretu Ani Mru Mru. Naprawdę robi wrażenie. W centralnej części świątyni stoi kolumna. W dolnej części owej kolumny mieści się
prostokątny otwór. Podobno, jeśli się przez niego przejdzie (należałoby raczej powiedzieć: przeciśnie), to będzie się opływać w dostatku do końca życia. Wszyscy ochotnicy z mojej kompani zdołali się przecisnąć, niestety nie ja. Nie wiem czy związane to było z moją muskulaturą czy też z wodogłowiem, ale nie udało się. Pomimo niepowodzenia nie mogę narzekać na brak szczęścia. A być może to było na opak? Ten, kto się przeciśnie będzie żył w ubóstwie, a ten, co nie da rady, w dobrobycie. Mniejsza o to, cóż, trzeba sobie dostosować przypowieści do swoich potrzeb, a nie na odwrót.
Zostawmy natrętne daniele i otwory przynoszące szczęście czy też nieszczęście i przenieśmy się do KYOTO, które jest uważane za centrum kultury japońskiej. Ono również było kiedyś stolicą Japonii. Dosłowne tłumaczenie słowa na język polski, to właśnie stolica. W mieście tym koniecznie musicie zobaczyć dwa miejsca. Pierwsze z nich, to świątynia
KIYOMIZU. Zbudowana jest z drewna, tak samo, jak świątynia w NARZE. Tak w ogóle, to w Japonii wszystkie stare świątynie zbudowane są z drewna lub zrekonstruowane. Jedynym budulcem w czasach samurajów było właśnie drewno. Odwrotnie do nowoczesnych budowli, które buduje się z betonu lub żelbetonu. Tego budulca w Japonii w tej chwili nie brakuje, patrząc na ogrom budowli.
Ciekawostką jest, że chodząc po górach można zostać mile lub też niemile zaskoczonym, bo na wysokości 1500 m n.p.m., zamiast drewnianych barierek, spotkać możemy barierki betonowe. Ot taka ich mechanizacja jakby Pawlak z Kargulem powiedzieli.
Ale wracając do świątyni KIYOMIZU, sama w sobie jest dziełem sztuki. Stoi na wzgórzu, na palach, wygląda jakby wystawała z morza. Z jej tarasu rozpościera się widok na miasto. Coś pięknego,
nieprawdaż?
Wokół świątyni można zobaczyć, a nawet zrobić sobie zdjęcie z prawdziwymi
Geishami, które ubrane są w typowe japońskie stroje (kimono, drewniane botki, typowy blady makijaż, niczym ze młyna). Niestety zrobiłem sobie jedynie zdjęcia, z usług już nie skorzystałem, ale czy byłoby mnie na to stać? Nie sądzę.
Kolejnym miejscem, które warto zwiedzić jest świątynia
KINKAKU. Nie byłoby w niej nic szczególnego, gdyby nie fakt, że oprócz drewna użytego do budowy, jej ściany i dach pokryte zostały szczerym złotem. Dobrze, że nie ma tam naszych rodaków, dawno by ją rozebrali. Tak wiem, jestem niesprawiedliwy i generalizuję, cóż. Świątynia stoi na małej wyspie otoczonej drzewkami BONSAI.
Wokół niej spotkać można
żurawie i japońskie karpie. Odmiana karpi nazywa się
KOI, a sami japończycy są z niej bardzo dumni. Niektóre z nich mają złocisty kolor, tak jak sama świątynia. Czasem wydaje się, że odbicie świątyni porusza się po tafli wody, a tak naprawdę poruszają się karpie. Niesamowite doznanie, czuję się wszechobecną magię, a drzewka BONSAI potęgują wrażenie jakby się było Alicją w krainie czarów, no w moim przypadku chyba Alicjem czy jakoś tak.
Skoro już mowa o prastarych stolicach Japonii, trzeba również wspomnieć o obecnej, a mianowicie o TOKYO. Jest to ogromna metropolia i poruszanie się po niej nie należy do przyjemności, ale tylko, jeśli chcemy to robić samochodem lub metrem w godzinach szczytu. Tak, TOKYO ma metro. W dodatku to metro posiada więcej niż jedną nitkę, w porównaniu z Warszawą. Można powiedzieć, że jest ich kilka, sięgają w głąb ziemi na kilka pięter. Stopień zaawansowania połączeń możecie zobaczyć na
mapce.
W metrze możemy spotkać tzw. „dopychaczy”. TOKYO jest tak zatłoczone, że w metrze w godzinach szczytu owi „dopychacze”, jak sama nazwa wskazuje dopychają ludzi. Śmiesznie to wygląda. Panowie i panie w białych rękawiczkach po każdym sygnale do odjazdu, gdy drzwi nie dają się zamknąć, wkraczają i dopychają niedobitków w iście ekwilibrystyczny sposób. Trzeba przyznać, że robią to zręcznie, ale sama metoda do delikatnych nie należy.
W obecnej stolicy Japonii widziałem kilka miejsc, które szczerze mogę polecić. TOKYO ma ich więcej, ale niestety czasu było bardzo mało i trzeba się było zadowolić tym, co dali. W szczególności, że płacił za to japoński rząd, a nie moja firma, jak mi wpajano. Będę powtarzał to do znudzenia, mojego lub Waszego, byście wiedzieli, jakie praktyki są przeprowadzane, aby zmotywować ludzi, a raczej zdemotywować.
Pierwsze z nich, to
pałac Cesarski. Wygląda okazale. Niestety nie można do niego wejść, a gdyby tak na siłę, to wejścia strzeże cesarska gwardia. Lepiej z nimi nie zaczynać.
Drugim miejscem, które widziałem, to oczywiście
wieża Tokijska zbudowana 1958 roku. Tak tak, Francuzi mają
wieżę Eiffla, a Japończycy nie chcieli być gorsi i mają swoją. Są chyba bardzo zakompleksieni. Nie wiem, chyba chodzi o wzrost, ale mogę się mylić. Nie dość, że zbudowali sobie wieżę, to jeszcze zbudowali ją wyższą od tej paryskiej. Cóż, może i jest podobna, ale i tak nie przebija pierwowzoru, nie ma bata, mojej miłości, czyli pierwowzoru nic nie pokona.
Trzecim miejscem był
gmach parlamentu japońskiego. Pracują tam chyba, co ja piszę, z pewnością, zdecydowanie mądrzejsi politycy niż nasze orły. Zresztą widać to na ulicach i po poziomie życia ludności.
Czwartym była świątynia
SENSŌ-JI. Pewnie się domyślacie, że tak samo, jak poprzednie była/jest zrobiona z drewna. Po zwiedzeniu kolejnej nie można oprzeć się wrażeniu, że wszystkie wyglądają podobnie, dlatego też po pewnym czasie przestaje to być takie interesujące.
Pewnie się trochę znudziliście tymi zabytkami. W TOKYO jest jedno szczególne miejsce, które z pewnością warto zobaczyć. Trzeba jednak dobrze przygotować się psychicznie i portfelowo, bo można dostać zawrotów głowy, a nawet osiągnąć stan przedzawałowy. Osobom o słabych nerwach zdecydowanie odradzam, bo to, co mogą tam zobaczyć i ilość może naprawdę doprowadzić do utraty zdrowia. Tak, nasze supermarkety ze sprzętem są zaledwie 1/1000 tego, co tam zobaczyłem. No, ale do rzeczy. Mowa tutaj o dzielnicy
AKIHABARA. Jest to dzielnica, w której sprzedaję się sprzęt elektroniczny. Na każdym kroku spotkają Was uśmiechnięte twarze sprzedawców, wykrzykujących IRASSHAI MASSE, co znaczy „zapraszamy do środka, zostawcie u nas trochę waszej gotówki”. Mówi się, że Japończycy zmieniają sprzęt AUDIO-VIDEO raz w roku, co jest prawdą. Gdy tylko pojawi się coś nowego na rynku, mieszkańcy TOKYO wybierają się całymi rodzinami na AKIHABARĘ i kupują, kupują, kupują. Ja też tak chcę!!!.
Nie można zapomnieć o sercu przemysłu samochodowego w Japonii, czyli mieście NAGOYA. To tutaj ma swoją główną siedzibę i fabrykę producent samochodów
TOYOTA. Trzeba przyznać, że fabryka robi wrażenie, a linie montażowe są krótko mówiąc, jak z kosmosu. Wycieczki do NAGOYI utwierdziły mnie w przekonaniu, że naprawdę jesteśmy trzecim światem, pomimo że OPEL i VW nadal inwestują pod Poznaniem.
No i pozostaje OSAKA. W tym miejscu spędziłem ponad miesiąc, więc czasu na zwiedzanie, nawet w pojedynkę było, co nie miara. Nie będę się rozpisywał, bo czasu by nie starczyło i redakcja mogłaby mieć pretensje, co do wielkości artykułu.
OSAKA, hmm, jeśli już tutaj będziecie, to koniecznie odwiedźcie
ZAMEK OSAKA(). Wszędzie można się otrzeć o
złote posągi. Zamek ma chyba siedem poziomów, nie pamięta dokładnie. Jest rekonstrukcją, ponieważ oryginał nie przetrwał próby czasu, znaczy się jego materiał, czyli drewno. Aczkolwiek powiedzieć trzeba, że zgodny z oryginałem w 100% i robi wrażanie. Szczególnie wchodzenie na sam szczyt, by zobaczyć
panoramę Osaki.
Następnie park rozrywki
UNIVERSAL STUDIO, po prostu bajka, ale trzeba tam spędzić cały dzień, by nacieszyć się wszystkim. No i szkoda wydać 5000 Yenów i zobaczyć tylko część atrakcji. O tym jednak przeczytacie w osobnej odsłonie.
Nie można zapomnieć o
najwyższych wieżowcach, z których rozpościera piękna panorama Osaki, a które mogą się oprzeć najcięższym trzęsieniom ziemi, które ten region Japonii nawiedzając dosyć często.
Innym punktem, powiedzmy, że godnym uwagi jest
AKWARIUM ŌSAKA KAIYŪKAN, w którym zgromadzono większość stworzeń pływających w wodach kuli ziemskiej. Niektórych można się naprawdę przestraszyć. Mnie jednak za bardzo to miejsce nie wciągnęło. Z prostego względu, te stworzenia nie pochodzą ze świata akwariowego, więc na cholerę mają zaspokajać potrzebę ludzkiej ciekawości. No, ale jestem w stanie zrozumieć. Z informacji, które przeczytałem w folderze, akwarium zajmuje się również gatunkami, które są bliskie wymarcia.
Jest jeszcze ZOO. Niechętnie o nim piszę, ponieważ nie jestem zwolennikiem takich miejsc, jak już wspomniałem w przypadku akwarium. Zwierzęta nie powinny bawić człowieka, a bawić się same, na wolności. Aczkolwiek, czasem takie miejsca są jedynym ratunkiem dla wymierających gatunków. W zwiedzanym przeze mnie ZOO, takich chyba nie było, nie jestem pewien jednak. Nie chciałbym spędzić życia w takich warunkach. Opieka pewnie na poziomie, wyżywienie jak w Hiltonie, aczkolwiek widok horyzontu i jego bezkresu, bezcenne. Jak to zwykle bywa w takich miejscach wszystkiego pilnował król dżungli, czyli
lew. Hmm, pilnował, chyba jemu się tak wydawało. Na oczach
niedźwiedzi polarnych rysowało się znudzenie, choć przecież białego człowieka widziały pewnie od święta. Nawet jednak zmiana zwiedzającej rasy nie działała na nie.
Wielbłądy dwugarbne zachowywały się obscenicznie. Jedynie
lamy zwracały na nas jako taką uwagę. Nie wiem czy faktycznie były nami zainteresowane czy też zbierały ślinę, by nas odpowiednio powitać.
Szympans natomiast, siedział i przyglądał się nam z zaciekawieniem, jakbyśmy to my byli mieszkańcami ZOO, a nie on. Jeśli jesteście zwolennikami takich miejsc i bawią Was pozamykane zwierzęta, to polecam, jeśli natomiast widok krat działa na Was dołująco, jak w moim przypadku, odpuście sobie.
Jeśli chcecie zobaczyć więcej zdjęć z miejsc wymienionych w tej odsłonie, to zapraszam na mojego
bloga.
W KOLEJNEJ ODSŁONIE PRZECZYTACIE O PARKU ROZRYWKI UNIVERSAL STUDIO JAPAN.KOPIOWANIE I WYKORZYSTYWANIE TREŚCI I ZDJĘĆ ZAWARTYCH W ARTYKULE BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83).