11 lutego 2010 roku zbliża się nieuchronnie. Mam 34 lata, a cieszę się niczym małe dziecko. Ja, fan z dwudziestoletnim stażem, zaczynam wpadać w stan przedkoncertowej euforii.

źródło: www.depechemode.com
Tego właśnie dnia dostąpię zaszczytu obcowania z moim idolami, muzyczną grupą Depeche Mode. Pojawią się w Polsce za sprawą trasy promującej nową płytę, zatytułowaną „Sound of the Universe”. Wystąpią w Łodzi, dwukrotnie. Pierwszy koncert odbędzie się 10, drugi zaraz po nim, czyli 11 lutego. Jest to chyba rekompensata za anulowanie koncertów w poprzednim roku, które miały odbyć się w Europie Wschodniej, w tym w Polsce, w Warszawie. Było to spowodowane niedomaganiem frontmena grupy, Dave’a Gahana.
Grupy nie będę opisywał. Wszystko można znaleźć na ich
oficjalnej stronie. Część z Was pewnie dobrze ją zna, a pozostała część wie, gdzie ma szukać. Skupię się na samej płycie, którą promuje trasa koncertowa zatytułowana
„Tour of the Universe”. Na całe szczęście, w tym wszechświecie znalazło się miejsce dla Polski i miasta Łodzi.
Fani chyba mnie zlinczują za moją ocenę płyty. Nic jednak nie mogę poradzić. Zawsze obiektywnie podchodzę do tematu kolejnego longplaya. Płyta mnie nie zachwyca. Jeśli tak ma brzmieć głos wszechświata wg moich idoli, to ja wolę nadal rozkoszować się ciszą za sprawą „Enjoy the Silence” z „Violator” czy też odgrywać anioła z „Playing the Angel”. Ale do rzeczy…
Jak na prawdziwego fana przystało zaopatrzyłem się w płytę w
wydaniu kolekcjonerskim, cena była nieważna. Zrobiłem to jeszcze w przedsprzedaży. I co? I wszystko w jak najlepszym porządku. Album okraszony zdjęciami, coś pięknego. Prawdziwe dzieło sztuki. Emblematy, gadżety, pocztówki i jeszcze bonusy w postaci dodatkowych płyt z innymi aranżacjami, co po niektórych utworów. W końcu dotarłem do tej najważniejszej, czyli „Sound of the Universe”. Natychmiast wrzuciłem do odtwarzacza i przesłuchałem raz, drugi i trzeci. Pewnie przesłucham jeszcze niezliczoną ilość razy, ale…
Zapowiadało się tak wspaniale po singlu „Wrong” , który wprowadził mnie w cudowny wszechświat. Tak mogłoby wyglądać moje życie wieczne. Początek płyty wolny i bardzo melodyjny, łatwo wpada w ucho, nawet takie słoniowate, jak moje. A to za sprawą bardzo klimatycznego
„In Chains”. Delikatnie połechtał moje akustyczne podniebienie. Kolejny był
„Hole to Feed”. Nie zachwycił mnie jak pierwszy, pomimo kilku podejść. Można powiedzieć, że byłem w pozycji wejściowej ani niezachwycony, ani niezdegustowany. Nadszedł wreszcie czas na
„Wrong”. Znałem go już z singla. Ten kawałek po prostu powala na łopatki swoją energicznością. Tak ma właśnie być, tak właśnie chcę. Tak mi róbcie. Nie mogę się doczekać wersji koncertowej. Wszystko na miejscu. Każde słowo, każdy tembr głosu Dave’a, każdy dźwięk. Jednorodna całość. Jestem w wiecznej ekstazie. Po nim nadchodzi
„Fragile Tension”. Niesamowicie melodyjny. Aż czuje się płynącą z niego nostalgię. Nawet człowiek nieznający angielskiego zrozumie, o co w nim chodzi. Delikatny, mistyczny wręcz. Jest przeciwieństwem „Wrong”. Obniżam napięcie, stopniuję doznania za sprawą
„Little Soul”. Ballada na miarę „Little 15”. Ci z czarną duszą wiedzą, o co mi chodzi i o czym piszę. Po tych trzech utworach osiągnąłem swoją Nirwanę. A tu nagle wypada
„In Sympathy”. Nie dotrzymuje jednak kroku trzem poprzednim. Jest coś, co jednak ratuje ten utwór. Jest to rytmiczny i psychodeliczny refren. Wsłuchuję się mając nadzieję, że
„Peace”wprowadzi ponownie i zatrzyma mnie na dłuższy czas w nirwanie. Po części tak się staje. Dzieje się to za sprawą chórków w wykonaniu Martina. Na niego zawsze można liczyć. Niestety nie mogę powiedzieć nic pozytywnego o następnym, który pojawia się w moich uszach. Spodziewałem się mocnego uderzenia. Coś na miarę „Wrong”, no może „Fragile Tension”. A tu jedynie
„Come Back”. Chyba zaraz zasnę. To jest dobre do wina i kolacji we dwoje, a nie dla fana żądnego energii. Ja nie chcę spać, ja chcę skakać do góry, jak te z Liroya płyty kangury. Być może, jeśli dopadnie mnie dół, docenię wysiłek moich idoli. Na razie jednak utwór idzie w odstawkę. Kolejny zaczynający się na literę „P”, czyli
„Perfect”. Liczę na to, że mnie nie zawiedzie i nie zasnę. Nie mylę się, zapowiada się nieźle, wręcz tajemniczo. Kolejna nostalgiczna ballada o interesującym brzmieniu. Nie do końca tego się spodziewałem, ale końcówka rekompensuje wszystko.
„Miles Away/The Truth Is”, chyba nie ma o czym pisać. Po prostu przeleciał przez mój organ słuchu. Nie trafił do mnie ani tekstem, ani aranżacją. Niby ma rozbudzić zmysły, a może jedynie być przystawką. Przychodzi kolej na Martina i
„Jezebel” w jego wykonaniu. Piękne, nastrojowe, na zimowe wieczory przy lampce dobrego Porto. Wprowadza w niesamowity stan, pobudza do przemyśleń. I przychodzi czas na ostatni utwór z tej płyty, czyli
„Corrupt”. Niesamowite, ten utwór ratuje płytę. Panowie chyba wiedzieli co robią, umieszczając go na końcu. Naprawdę można poczuć się skorumpowanym przez DM. Rewelacyjna aranżacja.
Naliczyłem sześć utworów, które przypadły mi do gustu. Sześć utworów z dwunastu, nie licząc instrumentalnego
„Spacewalkera”, który jest trzynastym. Można powiedzieć, że nieźle jak na longplay, jednak za mało, by zaspokoić wymagania stawiane przez konesera.
Spodziewałem się czegoś więcej. Czegoś na miarę „Playing the Angel” czy może „Exciter”. Oczywiście są rodzynki, przy których raduje się moje depechowskie serce i dusza. Ale ja, fan, nie chcę dłubać i dziurawić ciasta. Nie chcę wybierać pojedynczych rodzynków. Chcę zeżreć ciasto w całości! Aczkolwiek jestem fanem i tę połowę nadającą się do zjedzenia jednak wybiorę. Pozostałą zostawię na później. Może czas zmieni moje podejście, a było już tak wiele razy w przypadku poprzednich płyt i utworów.
Dave, Martin, Andy, chłopaki mam nadzieję, że na koncercie w Łodzi pokażecie, na co Was stać, tak jak to było na koncertach w Warszawie i Paryżu, w których brałem udział. Utwory, które mnie nie zachwyciły w wersji studyjnej przedstawicie w nowych aranżacjach, tak, aby mnie powaliły. Życzę sobie tego. Należy mi się to, chociażby patrząc na mój fanowski staż. Aczkolwiek, jeśli tak się nie stanie, to i tak obcowanie z Wami na żywo, z pewnością mi to zrekompensuje.
KOPIOWANIE I WYKORZYSTYWANIE TREŚCI I ZDJĘĆ ZAWARTYCH W ARTYKULE BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83).