Gdzie trup potrafi przeleżeć pod szafą przez bagatela piętnaście lat? Tylko u Joanny Chmielewskiej.
Kiedy jadę autobusem lub tramwajem i widzę, że ktoś wybucha śmiechem czytając książkę, jestem niemal pewna, że jest to coś autorstwa Joanny Chmielewskiej. W dziewięćdziesięciu procentach mam rację. Czasem sama nie potrafię opanować śmiechu, gdy czytam, po raz któryś, „Lesia” albo „Harpie”. Kim zatem jest kobieta, która tak potrafi rozbawić i o czym w ogóle pisze?

źródło: http://www.esensja.pl/ksiazka/ ksiazki/obiekt.html?rodzaj_obi ektu=11&idobiektu=12548
Joanna Chmielewska to pseudonim literacki Ireny Kühn. Ukończyła Wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej, co jak widać nie przeszkodziło jej w rozpoczęciu jakże owocnej kariery literackiej. Zadebiutowała jako prozaik na łamach czasopisma „Kultura i Życie” w 1958 roku. Sześć lat później nastąpił jej debiut książkowy – „Klin”.
Niektórzy określają Joannę Chmielewską mianem polskiej Aghaty Christie, przeciw czemu autorka usilnie protestuje. Chociaż sama przyznaje, że ma z Christie wiele wspólnego, to jednak moim zdaniem jest dużo lepsza od autorki Morderstwa w Orient Expressie.
Gdy pod koniec szkoły podstawowej zaczęłam szukać innej lektury niż
Sposób na Alcybiadesa czy
Pan Samochodzik, trafiłam w szkolnej bibliotece na
Całe zdanie nieboszczyka Joanny Chmielewskiej. I tak, przez przypadek właściwie, rozpoczęła się moja, trwająca do dziś, przygoda z kryminałem. W sensie literackim oczywiście.
Ilość wydanych książek i rosnące z roku na rok rzesze fanów świadczą same za siebie – Joanna Chmielewska jest autorką znaną i ubóstwianą. Co nas tak pociąga w kryminale na wesoło? Moim zdaniem właśnie cięty, niezrównany dowcip, ironia, celna riposta, oraz uwagi zawsze na czasie.
Jedyne, co na tym świecie naprawdę nie ma granic, to ludzka głupota. („Duża Polka”),
Człowiek powinien się uczyć na cudzych błędach, bo sam wszystkich popełnić nie zdoła. („Zbieg okoliczności”) - to tylko przykłady.
A takich perełek jest oczywiście dużo więcej. Zdania te, wyrwane z kontekstu, może nie brzmią zbyt zabawnie, a jedynie mądrze. Jednak autorka tak potrafi wpleść je w fabułę, że śmieszą do łez. Niezwykle życiowe, a jednocześnie dowcipne.
Większość z nas doskonale wie, że Joanna Chmielewska pisze świetne kryminały. Młodzi ludzie kojarzą nazwisko Chmielewska nawet, jeśli sami nie przeczytali ani jednej książki, starsi czytelnicy również cenią sobie jej twórczość.
Ale pewnie nie wszyscy wiedzą, że obecnie pani Chmielewska ma własną rubrykę w czasopiśmie
Bluszcz. Zamieszcza w niej felietony na tematy codzienne, poruszające problemy, które w pewien sposób dotykają nas wszystkich.
O czym pisze?Na przykład o psach lub kotach. Temat wdzięczny i jak sama autorka przyznaje, o psach, a nawet w ogóle o zwierzętach może pisać w nieskończoność. Pisze także o kobietach, ale ten temat jest już mniej wdzięczny – zainteresowanych odsyłam do
Bluszcza, nr 7.
Jednakże jak wszyscy wiemy, ulubionym tematem poruszanym przez panią Chmielewską jest wymiar sprawiedliwości. Rozpisuje się o nim nie tylko w książkach, ale również i w
Bluszczu. I prawdę pisze. Polski wymiar sprawiedliwości w pełni zasługuje na zmieszanie z błotem i wytknięcie wszelkich wad systemowych, co też autorka czyni z pasją i zapamiętaniem. Szkoda tylko, że wszelkie władze mają te cenne uwagi w głębokim poważaniu i nadal nic nie robią z bałaganem, który panuje chociażby w przepisach.
Chciałam przedstawić ową twórczość zamieszczoną w
Bluszczu krótko, zwięźle i na temat, ale trafiłam na felieton, z którym nie do końca się zgadzam, więc postanowiłam troszkę z panią Chmielewską popolemizować.
O co chodzi?O zakaz palenia papierosów w miejscach publicznych. Pani Chmielewska jak wiadomo jest palaczką, dlatego zakaz godzi w nią osobiście. Oczywiste jest zatem, że krytykuje go z całych sił, również na łamach prasy (
Bluszcz, nr 1 i 2), wytaczając dość osobliwe argumenty:
Nie proponuję znęcania się nad nieszczęśliwymi ludźmi o delikatnym zdrowiu i świetnym węchu, nie mam nic przeciwko ich przyjemnościom, proszę bardzo, niech sobie oddychają wonią kwiecia na zdrowie, ile chcą. Odmawiam tylko zgody na znęcanie się tych ludzi nade mną..
Zaraz, zaraz…. Dlaczego od razu znęcanie się? Czy troska o własne dobre samopoczucie i zdrowie to od razu znęcanie się? Nie wiem, kto tu się nad kim znęca. Palacz sam, w pełni świadomy podejmowanego ryzyka, decyduje się niszczyć własne zdrowie. I niech na własnym poprzestanie, a cudze oszczędzi. Przytoczę kolejny argument pani Chmielewskiej:
W szczegóły techniczne wysokiego lotu nie będę się wdawać, ale każda osoba, nawet najgłupsza, nawet analfabeta i ćwok, o ile posiada węch, na każdym kroku ma szansę powąchać sobie pierwszą lepszą wywrotkę, ciężarówkę, śmieciarkę, autobus komunikacji miejskiej i państwowej, Tir-a, garbarnię, malutki zakładzik produkcyjny, stację benzynową… nie wspominając o instytucjach potężnych, zuchwale gwiazd sięgających. Czy ktoś byłby uprzejmy policzyć, ilu palaczy z papierosami w zębach musiałoby zaciągnąć się zachłannie, żeby dorównać jednej porządnej rurze wydechowej samochodu osobowego?Owszem, solidny argument, tyle że nie mam w zwyczaju stawać sobie w pobliżu warczącego samochodu i wdychać czarownych oparów z owej rury wydechowej, a wąchanie z daleka nie jest aż tak straszne. Z kolei taki palacz jeden z drugim chucha i dmucha w naszą stronę dymem na każdym przystanku autobusowym, w każdym ogródku kawiarnianym, w restauracjach, parkach, górach nawet. Skoro więc niektórzy, bo nie twierdzę, że wszyscy palacze mają w nosie względną kulturę osobistą, to niech się nie dziwią zakazom.
Dalej czytamy o idiotycznym zakazie palenia w restauracjach. Dlaczego znowu idiotycznym? Nie mam najmniejszej ochoty jednocześnie jeść i upajać się wonią, z której na co dzień świadomie rezygnuję. I tutaj muszę dodać, że wszelkie podziały na strefy dla palących i nie palących uważam za bezsensowne. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację: grupa przyjaciół udaje się coś przekąsić. Połowa towarzystwa pali, połowa nie. To jak? Siadają się sobie w dwóch oddzielnych salach? Nie mówiąc już o podziałach typu: prawa strona dla palących, lewa dla niepalących. Dym takich granic nie uznaje i przekornie przedziera się na ową prawą stronę. Najlepszym rozwiązaniem byłyby zwykłe palarnie. I skoro palacz na godzinę nie umie zrezygnować z papierosa, to niech ruszy cztery litery i pójdzie sobie na stronę.
Częściowo mogę się zgodzić się z argumentem kolejnym:
Papierosy są szkodliwe. A pewnie, że są, tyle, że akurat nie w pierwszej kolejności. Jeśli już chcemy osiągnąć szczęśliwy żywot w zdrowiu i tężyźnie fizycznej (a przydałoby się i umysłowej), zejdźmy może najpierw z chemikaliów, którymi trujemy się trujemy na prawo i lewo.No owszem, trujemy się chemikaliami, ale eliminację najłatwiej zacząć od czegoś drobnego, metodą małych kroczków. Papierosy zaś to tylko i wyłącznie fanaberia, na dodatek szkodliwa. Zwłaszcza, że zwykły szary człowiek niewiele może poradzić na dymiące fabryki, ale może zrezygnować z palenia. Albo przynajmniej jakoś je ograniczyć.
Mnie osobiście palenie nie przeszkadza. Nie palę, bo nie lubię. Nie mam także tyle pieniędzy, żeby je zwyczajnie marnotrawić. Jednak sam zapach papierosów jakoś znoszę. Ale co mają powiedzieć ludzie z astmą na przykład? Dlatego uważam, że powinny zostać wydzielone strefy dla palaczy, którzy powinni wykazać się minimalną chociaż empatią i wszyscy będą zadowoleni.
To tyle jeśli chodzi o ten konkretny felieton, zazwyczaj bowiem zgadzam się poglądami pani Chmielewskiej. I z niecierpliwością czekam na każdą kolejną książkę, wywiad, czy choćby kilka linijek w prasie.
Twórczość Joanny Chmielewskiej oceniam jako ponadczasową, a - cytując autorkę, „im dalej w las, tym większy kryminał”. Dlatego zachęcam wszystkich, którzy marzą o lekturze lekkiej, zabawnej i przyjemnej aby sięgnęli po „Wszystko czerwone” czy „Krowę niebiańską”, a nie pożałują weekendu spędzonego z książką, zamiast na przykład przed telewizorem.