O tym filmie mówiono od dawna. W samych superlatywach. Reżyser „Chicago” miał powrócić z jeszcze gorętszą megaprodukcją. „Dziewięć” miało stać się największym filmowym widowiskiem 2010 roku. Wprawdzie rok dopiero się zaczął i trudno przesądzać, co jeszcze będziemy mieli okazję ujrzeć na ekranach kin, ale czas spojrzeć prawdzie w oczy. „Nine” to zwyczajny gniot.

źródło: www.akademiec.pl
Taki sam, jak ostatnie filmy Guido Continiego, głównego bohatera obrazu. Można z uporem powtarzać zasłyszane opinie i pochlebne recenzje („To olśniewający film pełen gorących emocji, seksu, muzyki i tańca, które doprowadzają krew do wrzenia” pisze Peter Travers w „Rolling Stone” czy „Dziewięć to film po prostu rewelacyjny. Lepszy nawet od oscarowego Chicago” stwierdza Peter Hammond w „Boxoffice Magazine”), ale to tylko oznacza, że byliśmy na dwóch różnych pokazach filmowych ...
„Dziewięć” opowiada historię światowej sławy reżysera Włocha Guido Continiego, który od jakiegoś czasu cierpi na brak weny twórczej. Jego ostatnie filmy spotkały się z miażdżącą krytyką. Teraz kręci kolejne „dzieło”, numer 9. Dekoracje są prawie gotowe, odtwórczyni głównej roli wkrótce przyleci do Rzymu, jest tylko jeden detal: nie ma scenariusza. Guido gra na zwłokę, wodzi za nos dziennikarzy, gubi się w matni własnych kłamstw. W filmie pojawia się siedem kobiet, które wywarły/wywierają wpływ na jego życie i to właśnie ich muzyczne występy tworzą cały obraz.
Każda z tych kobiet jest inna, lecz bardzo szablonowa. Najbardziej rozwinięta jest psychologia postaci zdradzanej żony Luisy (w tej roli Marion Cotillard). Jest ona dystyngowana, wyrozumiała, znosi romanse męża z godnością. Z pewnością jest jego największą ofiarą i zasługuje na zadośćuczynienie. O tym w jakimś sensie jest ten obraz, o mężczyźnie, który pogubił się we własnym życiu, utracił priorytety i próbuje dać Bogu świeczkę, a diabłu ogarek.
Seksowna kochanka Carla (Penelope Cruz) to pszenno-buraczana panienka rodem z wenezuelskiej telenoweli. Nie można wprawdzie odmówić jej wdzięków, jest kwintesencją seksu, ale rozumu to już Bozia poskąpiła ... Jeśli ktoś chciałby zobaczyć Penelope Cruz rozkładającą nogi to ten film jest właśnie dla niego. Carla jest przeciwieństwem Luisy, brak jej ogłady, stylu, powagi. Jest groteskowa i infantylna. Z pewnością znalazłaby wspólny język z Kubusiem Puchatkiem, Misiem o Bardzo Małym Rozumku ... Guido próbuje się od niej uwolnić kiedy coraz bardziej domaga się uczuć, ale to nie jest łatwe. Kochanka oczekuje czegoś więcej niż tylko seksu, pragnie miłości, a ta jest zarezerwowana (o paradoksie!) dla małżonki. Romans odbiją się więc Carlii czkawką.
Olśniewająca (jak zwykle) jest Nicole Kidman w roli muzy reżysera, Claudii. Ona też kocha Guida, ale jest to miłość platoniczna, sprowadzająca się do relacji mistrz i muza. Guido darzy miłością Claudię z pierwszych stron gazet, Claudię w świetle reflektorów, nad której urokiem rozwodzą się dziennikarze i ekipa filmowa, ale jak aktorka sama stwierdza, to nie ona, to tylko makijaż, biżuteria, szykowna kreacja, to wytwór pracy sztabu charakteryzatorów. To Claudia uświadamia Guidowi, że dał rolę w swoim filmie niewłaściwej dziewczynie. Z całej plejady gwiazd, jaka pojawia się w tym filmie rola Nikole Kidman jest najbardziej sugestywna i niesie jakiś przekaz.
Czwarta z pań to dziennikarka Vogue’a, Stephanie (w tej roli Kate Hundson). Jak na afirmującą rewolucję seksualną Amerykankę przystało, jedno ma w głowie. Imponuje jej włoska elegancja, płacenie za drinki, artyzm reżysera i szum medialny wokół niego. Piosenka wykonana przez Kate Hudson jest najlepszym utworem tego filmu, dynamicznym, melodyjnym, jedynym dźwiękiem, jaki pozostaje w głowie po wyjściu z kina, ale niestety i on szybko się ulatnia.
Warta docenienia jest rola przewodniczki po świecie seksu, prostytutki Saraghiny (Fergie). Jej piosenka jest jedynym utworem wykonanym profesjonalnie. Sama aktorka nie wypowiada w filmie ani jednego słowa, gra wyłącznie ciałem, ale jak na debiutantkę gra doskonale. Godne podkreślenia jest, że Fergie długo przygotowała się do tej roli, w tym celu przytyła nawet kilka kilogramów. Pod tapetą makijażu jest niemal nierozpoznawalna.
Inną kobietą naszego amanta jest jego wierna przyjaciółka, kostiumograf, Lily (w tej roli Judi Dench). Mam wielki szacunek i sentyment do aktorek, które godzą się z upływem czasu, nie łapiąc się efemerycznych rozwiązań w postaci botoksu, sylikonu i innych sztuczek chirurgów-czarodziejów-plastyków. Jedną z takich aktorek jest w moim mniemaniu Judi Dench, im jest starsza tym jej role są lepsze, czego niestety nie można powiedzieć o Sophie Loren, grającej nieżyjącą już matkę Guida. Trudno powiedzieć jak należy zagrać trupa, dla mnie ikona włoskiego obrazu jest takim aktorskim trupem od jakichś dwudziestu lat. Marne to role, jeśli polegają tylko na byciu pięknością i udawaniu, że świetnie się trzymam, mimo sędziwego wieku. Nieambitne i nieżyciowe. A taka jest właśnie matka reżysera w filmie „Nine”, woskowa, sztuczna, zdystansowana. Bije od niej chłód. Nie mieści się ona w wyobrażeniu czułej, kochającej matrony. Poza tym żadna z kobiet występujących w filmie nie zadziera nosa tak wysoko i nie jest tak wyniosła.
Godna pochwały jest kreacja aktorska stworzona przez Daniela Day Lewisa. Makijażyści przesadzili tylko z ilością brylantyny we włosach. Nawet Włoch z permanentnie przetłuszczonymi włosami przestaje być atrakcyjny, a przecież akcja filmu nie rozgrywa się w ciągu jednego dnia, lecz trwa znacznie dłużej.
Zastanawiało mnie dlaczego gwiazdy amerykańskiego kina zdecydowały się zagrać w filmie, którego akcja rozgrywa się we Włoszech, a od głównych bohaterów wymaga się włoskiego akcentu. Być może traktowali swoje role w ramach nowinki lingwistycznej, ale fakt jest jeden: ów włoski-angielski brzmi momentami jak rosyjski-English a to nie jest raczej walorem tego filmu. Dobrze, że jest przyzwoita scenografia oraz kostiumy i od czasu do czasu pada jakiś dowcip w stylu Italiano, bo w przeciwnym razie po projekcji można by było tylko siąść i płakać, że na film, który nie ma fabuły, imituje Włochy i Włochów, a do tego nie zawiera pointy, poszły grube melony.
Oczywiście zachęcam do obejrzenia w myśl zasady, że pewne rzeczy trzeba zobaczyć, aby wiedzieć, że nie warto ich oglądać…
Recenzja pochodzi z portalu dla studentów - akademiec.pl. Sprawdź nas!Autor: Monika Grażyna Jania