Na laureata Grand Prix 24. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego i nagrody FIPRESCI Festiwalu Filmowego w Wenecji – film „Lourdes” w reżyserii młodej Austriaczki Jessici Hausner - czekałam od dawna. Pierwsze zdanie, jakie nasunęło mi się na myśl po obejrzeniu obrazu to: „Alleluja! Niech żyją niekomercyjne filmy i kina studyjne!” Zdegustowana „Nine” oraz jeszcze wątlejszym „Parnassusem” z przyjemnością obejrzałam dobry europejski obraz, wyprodukowany przy kooperacji Austrii, Francji i Niemiec.

źródło: http://img.stopklatka.pl/wydar zenia/62000/62100/62105-01.jpg
Lourdes to jedno z najpopularniejszych sanktuariów maryjnych na świecie. Corocznie nawiedzane przez rzesze pielgrzymów. Ponieważ jest miejscem maryjnych objawień i licznych uzdrowień cieszy się ogromną popularnością, zwłaszcza wśród ludzi sparaliżowanych, śmiertelnie chorych i cierpiących na rozliczne dolegliwości. Choć nie tylko.
W jednej z grup pielgrzymkowych poznajemy główną bohaterkę filmu, chorującą na stwardnienie rozsiane Christine (w tej roli Sylvie Testud). Nie cechuje jej ani żarliwa wiara ani pragnienie cudu, które wiodą większość pielgrzymów przed oblicze Najświętszej Panienki. Dla Christine każdy wyjazd oznacza nie tylko odskocznię od szarej codzienności, ale przede wszystkim kompleksową opiekę medyczną. I to właśnie jej, osobie przypadkowej i udającej pobożność, przytrafia się cud. Odzyskuje władzę w rękach i w nogach.
Dzieło Jessici Hausner pokazuje nam to, czego nie zobaczymy w żadnym komercyjnym obrazie - ludzi brzydkich, zdeformowanych, skazanych na social exclusion (społeczne wykluczenie). Pochwała filmu „Lourdes” nie wynika z mojego zamiłowania do turpizmu, lecz raczej do poruszania tematów, które w na pozór inkluzywnym zachodnioeuropejskim społeczeństwie stanowią tabu. A ci ludzie, w których rodzinach często rozgrywają się dramaty, są obok nas, choć skazani przez sędziów Najwyższego Sądu Społeczeństwa na dożywotnią samotność. Sentencję wyroku powtarza każdy z nas, ludzi zdrowych, dystansując się wobec nich, kwestionując ich prawo do miejsc parkingowych (tzw. kopert), studiów czy pracy.
Lourdes jest filmem o wierze, która trzyma ludzi przy życiu, ale też o słabościach tej wiary, o zazdrości i szukaniu odpowiedzi na odwieczne i najtrudniejsze z pytań „Dlaczego?”. „Dlaczego ona a nie ja?” „Dlaczego ona a nie moja córka, Anna?” „Dlaczego ona a nie Pan Hurby?”
Obraz Austriaczki idealnie pokazuje też w jak trudnej sytuacji są kapłani, ciągle i wciąż tłumaczący się za Boga i usprawiedliwiający go przed pobożnymi owieczkami, a przecież Absolut, choć jest i dobry i wszechmogący, też ma wolną wolę i jeśli obdarza kogoś łaską uzdrowienia to nie czyni tego przypadkowo. Bywa i tak, że zamyka drzwi, aby otworzyć bramy. I w tym tkwi jego fenomen - wie, co dla nas najlepsze – w przeciwieństwie do nas samych, rozpaczliwie szukających swojej drogi.
Ten film dobitnie uświadamia, że to nie sparaliżowane ciało ciąży, lecz chora dusza.
Na uwagę zasługuje kilka interesujących wątków tego obrazu, kazus wolontariuszki Cecili, która w niesieniu pomocy innym szuka zapomnienia o własnej chorobie, o tym, że balansuje na granicy życia i śmierci, przypadek współlokatorki Christiny, która wierzy z całego serca w cud, lecz nie dostępuje łaski czy motyw wolontariuszek dla których pobyt w sanktuarium to też czas flirtów i miłosnych uniesień a także wątek starszych pań, kwestionujących każdy z cudów, duchowych sióstr niewiernego Tomasza.
Ludzie pragnący cudu bywają fanatyczni, a ich gorliwa wiara traci rację bytu, jeśli nie jest poparta nadzieją i miłością. Dom bez fundamentów albo nigdy nie powstanie albo szybko runie. O tym też jest film „Lourdes” -–by w pragnieniu cudu nie zapomnieć o bliźnich.
Po projekcji filmu rozmawiałam z mężczyzną, który dwukrotnie nawiedził Lourdes i za drugim razem poddał się, pokazanym również w filmie, ablucjom – obrzędowi religijnemu polegającemu na obmyciu ciała wodą ze świętego źródła. Wyznał, że po kąpieli był zupełnie suchy a orzeźwiające właściwości tej wody czuje również dziś, trzydzieści lat po pobycie w sanktuarium…W miejscach objawień, takich jak Lourdes, tkwi moc, z jakiej nie zdajemy sobie sprawy, bagatelizując religię i racjonalizując wiarę.
Najistotniejsza jest scena finałowa filmu, w której uosobieniem tytułowego słowa słynnej włoskiej piosenki „Felicita” (w tłumaczeniu: szczęśliwa) staje się Christine świadomie wracająca na wózek inwalidzki. Czyż to nie zaskakująca pointa? Bardzo, ale jest ona prostą odpowiedzią na pytanie postawione wcześniej przez duszpasterza.
W każdym z nas tkwi głęboko pragnienie cudu. Jedni z nas je skrywają inni uzewnętrzniają, ale ono jest. W dobie kryzysu religii w ogóle, a katolicyzmu w szczególności, wielu, zwłaszcza młodych ludzi, odrzuca filmy traktujące o fenomenie wiary. Niesłusznie. Dowodów na istnienie Boga jest wiele, nie brakuje tych najbardziej wiarygodnych, czyli matematycznych, ale żadne nie są tak namacalne jak cudowne uzdrowienia, dlatego szczerze rekomenduję ten film, ponieważ jest on nietuzinkowy. Młoda reżyserka zmierzyła się z wątpliwościami i marzeniami przedstawicieli kilku generacji. Wyszło jej to znakomicie. Gorąco polecam!
Film można jeszcze zobaczyć w kinie Apollo i Muza w Poznaniu.
Autorka: Monika Grażyna Jania
Tekst opublikowany na portalu studenckim www.akademiec.pl